Jasnowidzenie w czasie (przyszłość)

Jeśli nawet potrafimy sobie wyobrazić, chociaż w mglisty sposób, że dla człowieka o dostatecznie rozwiniętej świadomości, cała przeszłość może być obecna w tej chwili, to spotykamy się z o wiele większa trudnością, gdy próbujemy zrozumieć, w jaki sposób ta świadomość może objąć również przyszłość. Gdybyśmy mogli wierzyć w mahometańską naukę “kismet” lub w kalwińską teorię przeznaczenia, łatwo byłoby nam to pojąć; jeśli jednak wiemy, że obie one są groteskowym zniekształceniem prawdy, musimy poszukać hipotezy bardziej godnej przyjęcia.

 

Spotyka się jeszcze ludzi, którzy przeczą możliwości przewidywania przyszłości, lecz ich zaprzeczenia dowodzą jedynie nieznajomości dowodów z tej dziedziny. Wielka ilość sprawdzonych przypadków nie pozwala wątpić o samej możliwości przewidywania, wiele z nich jednak posiada taki charakter, że zgoła nie jest łatwo znaleźć rozumne ich wytłumaczenie. Jasne jest, że Ego posiada pewną zdolność przewidywania przyszłości i gdyby przewidziane wypadki posiadały zawsze większe znaczenie, można by przyjąć, że w danym szczególnym przypadku wyjątkowo silny bodziec uzdolnił Ego do odbicia w niższej osobowości silnego i wyraźnego wrażenia ujrzanej rzeczy. Niewątpliwie słuszne jest takie tłumaczenie w tych przypadkach, w których przewidziano śmierć lub ciężkie nieszczęście, lecz zanotowano również wiele przypadków, do których to tłumaczenie zdaje się nie odnosić, gdyż przewidziane w nich zdarzenia należą do niezwykle pospolitych i błahych.

 

Znana szkocka historia o “podwójnym wzroku” wyjaśnia, co mam na myśli. Pewnego człowieka, który nie wierzył w okultyzm, przestrzegł góral jasnowidz o bliskiej śmierci sąsiada. Przepowiednia obfitowała w wiele szczegółów, gdyż zawierała dokładny opis pogrzebu, a nawet nazwiska czterech osób, mających nieść trumnę, i innych obecnych na pogrzebie. Człowiek ów wysłuchawszy przepowiedni wyśmiał ją, a niedługo potem nawet zapomniał o niej. Jednak śmierć sąsiada w zapowiedzianym czasie przypominała mu ją, postanowił więc postarać się, aby przynajmniej część przepowiedni okazała się fałszywa; mianowicie zdecydował, że sam będzie jedną z osób niosących trumnę. Powiodło mu się ułożyć wszystko zgodnie ze swoim zamiarem, jednak w chwili, gdy pogrzeb miał ruszyć, odwołano go w jakiejś błahej sprawie na parę minut. Kiedy wrócił pośpiesznie, spostrzegł ze zdumieniem, że pogrzeb ruszył bez niego, i że przepowiednia spełniła się dokładnie, ponieważ trumnę niosły cztery osoby wskazane przez przepowiednię.

 

Mamy tu do czynienia z prawdziwą drobnostką, która nie mogła mieć znaczenia dla nikogo, a która została przewidziana dokładnie wiele miesięcy naprzód; i choć wspomniany człowiek uczynił zdecydowany wysiłek, aby zmienić przepowiedziany bieg rzeczy, nie udało mu się to. Niewątpliwie wygląda to na przeznaczenie, i to sięgające aż do najdrobniejszych szczegółów, i tylko przez spojrzenie na sprawę z wyższych planów możemy się uchronić przed tą teorią. Naturalnie, pełne wyjaśnienie wymyka się nam dotąd z ręki i niewątpliwie jest to nieuniknione, póki nasza wiedza nie stanie się bez porównania większa, niż jest dzisiaj; na razie możemy się jedynie spodziewać wytknięcia drogi, na której można będzie znaleźć wyjaśnienie.

 

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że to wszystko co się dzieje w teraźniejszości jest skutkiem przyczyn, wprowadzonych w działanie dawniej, że zatem to, co się ma stać w przyszłości, będzie skutkiem przyczyn działających obecnie. Nawet tu na dole (w sferze fizycznej) potrafimy z góry obliczyć, że jeżeli się dokona jakiegoś czynu, muszą nastąpić określone skutki, choć obliczenia nasze mogą łatwo ulec zmianie wskutek pojawienia się czynników, których nie byliśmy w stanie przewidzieć.
Jeśli jednak wzniesiemy naszą świadomość do poziomu sfery mentalnej, możemy widzieć skutki naszych działań w o wiele szerszym zakresie. Możemy na przykład określić skutki przypadkowego słowa i to nie tylko bezpośrednio w stosunku do osoby, do której było skierowane, lecz i pośrednio w stosunku do innych osób, gdyż skutki te rozchodzą się w coraz szerszych kręgach, zdających się ogarniać cały kraj; jedno spojrzenie na taki obraz jest skuteczniejsze, niż największa ilość nauk moralnych, mówiących nam o konieczności, jak największej przezorności w myślach, słowach i uczynkach. Ze sfery mentalnej możemy widzieć w pełni nie tylko skutki każdego czynu, lecz również dojrzeć, gdzie i w jaki sposób skutki innych czynów będą się z nimi spotykać i układać w wypadkową, choć pozornie czyny te nie mają ze sobą nic wspólnego. Istotnie, rzec można, jasno widać skutki wszystkich przyczyn, działających w danej chwili, że przed wzrokiem naszym leży odkryta przyszłość, taka, jak być powinna, gdyby się później nie pojawiły zupełnie nowe przyczyny.

 

Nowe przyczyny, oczywiście, powstają, gdyż wola ludzka jest wolna; jednak w przypadku ludzi przeciętnych można przewidzieć z góry ze znaczną dokładnością, jaki zrobią użytek ze swojej wolności. Przeciętny człowiek ma tak mało prawdziwej woli, że w wysokim stopniu jest wytworem okoliczności; postępowanie jego z poprzednich żyć wyznacza mu miejsce w określonym otoczeniu, a wpływ tego otoczenia na losy jego życia jest do tego stopnia najważniejszym czynnikiem, że jego przyszłość można przepowiedzieć prawie z matematyczną pewnością. Inaczej się sprawa przedstawia w przypadku człowieka rozwiniętego: główne wydarzenia jego życia są dla niego też wyznaczone przez jego przeszłe czyny, jednak sposób w jaki pozwoli im działać na siebie, postawa, jaką zajmie w stosunku do nich, i która może zatryumfuje nad nim – to wszystko zależy od niego i nie można tego przewidzieć nawet wzniósłszy się do sfery mentalnej, chyba tylko jako prawdopodobieństwo.

 

Gdy się w ten sposób patrzy z góry na życic człowieka, to wydaje się, jak gdyby jego wolna wola mogła się przejawiać tylko w pewnych punktach jego drogi życiowej. Oto dociera on w swoim życiu do punktu, w którym otwierają się przed nim dwie albo trzy drogi do wyboru; jest całkowicie wolny w wyborze tej, która mu się spodoba, i chociaż może ktoś, kto zna całkowicie jego naturę, będzie w stanie przewidzieć z całą pewnością, jaki będzie ten wybór, to jednak tego rodzaju wiedza ze strony przyjaciela nie będzie wcale czynnikiem zniewalającym w wyborze.

 

Gdy jednak człowiek wybierze już drogę; musi nią iść i ponieść konsekwencje; wszedłszy na nią, musi nią iść w wielu wypadkach bardzo długo, zanim nadarzy mu się sposobność skręcenia na inną.
Położenie jego jest podobne do położenia maszynisty pociągu; gdy przybędzie do stacji węzłowej, może nastawić zwrotnice w tę lub w inną stronę i następnie jechać wybranym przez siebie torem; gdy jednak wjedzie na jeden z torów, to musi już nim jechać, dopóty, aż przybędzie do innego punktu węzłowego, gdzie otworzy się przed nim nowa możliwość wyboru.

 

Patrząc z góry, ze sfery mentalnej, można widzieć wyraźnie te punkty krzyżowania się dróg człowieka, a skutki każdego wyboru zarysowują się jasno przed nami i można je ustalić dokładnie, aż do najdrobniejszych szczegółów. Jedynym punktem sprawy, który musi pozostać niepewny, jest punkt najważniejszy, a mianowicie jaki wybór zrobi człowiek. Możemy w istocie rzeczy zobaczyć obraz nie jednej lecz wielu przyszłości, choć może nie będziemy w sianie orzec, która z nich się urzeczywistni.
Najczęściej znajdziemy tak duże prawdopodobieństwo, że nie będziemy się wahać w określeniu przyszłości, ale opisany powyżej przypadek jest teoretycznie zupełnie możliwy. Jednak i ten zakres wiedzy pozwala nam stosunkowo dużo przepowiadać na pewno; nie trudno nam przy tym wyobrazić sobie, że jakaś o wiele większa od nas inteligencja potrafi zawsze przewidzieć, jaki za każdym razem zapadnie wybór, i dzięki temu potrafi przepowiadać z bezwzględną pewnością.

 

Natomiast w sferze duchowej (buddhi) nie potrzeba w ogóle przeprowadzać tak żmudnych wyliczeń, gdyż przeszłość, teraźniejszość i przyszłość istnieją w niej równocześnie obok siebie w sposób nie dający się wcale wyjaśnić w fizycznej świadomości. Można jedynie przyjąć sam fakt jako taki, gdyż opiera się on na możliwościach tej sfery, a sposób w jaki objawią się te wyższe możliwości jest naturalnie całkiem niepojęty dla fizycznego mózgu. Jednak można się spotkać tu i ówdzie ze wskazówką, która zdaje się przybliżać nas choć trochę do możliwości bodaj mglistego zrozumienia. Jedną z takich wskazówek dał dr Oliver Lodge w swoim przemówieniu w British Association w Cardiff. Powiedział on:

 

“Jest to jasna i pożyteczna idea, że czas jest tylko względnym sposobem widzenia rzeczy; posuwamy się wśród zjawisk w pewnym określonym tempie i to subiektywne posuwanie się tłumaczymy sobie w sposób obiektywny jako posuwanie się zdarzeń w tymże porządku i z tą samą szybkością. a może to być tylko pewien sposób ich widzenia. Zdarzenia mogą w pewnym znaczeniu istnieć zawsze, zarówno przeszłe, jak i przyszłe, i być może, że to tylko my zbliżamy się do nich, a nie one zachodzą. Pomoże nam to zrozumieć analogia z podróżnym, jadącym pociągiem; gdyby podróżny nie mógł nigdy opuścić pociągu, ani zmienić jego prędkości, uważałby prawdopodobnie krajobrazy za następujące kolejno w czasie i nie potrafiłby zrozumieć ich równoczesnego istnienia…
Rozumiemy zatem, że możliwy jest czterowymiarowy aspekt czasu, którego nieubłagany przepływ może być naturalnym objawem naszego obecnego ograniczenia. a jeśli raz zrozumiemy, że przeszłość i przyszłość rzeczywiście istnieją w teraźniejszości, to zrozumiemy, że mogą one wywierać kontrolujący wpływ na wszystkie nasze czyny teraźniejsze i mogą wspólnie tworzyć “wyższy plan” lub całość wszechrzeczy, której, jak mi się zdaje, zmuszeni jesteśmy szukać poddani kierowniczemu wpływowi form czyli determinizmu oraz działaniu żywych istot, kierujących nami świadomie ku określonemu i przeczuwanemu celowi”.

 

W rzeczywistości czas nie jest wcale czwartym wymiarem; jeśli się jednak pomyśli o nim przez chwilę z tego punktu widzenia, to może nam to dopomoże pojąć to, co jest niepojęte. Wyobraźmy sobie, że o arkusz papieru opieramy pod kątem prostym drewniany stożek, i że powoli, zaczynając od wierzchołka, wbijamy go w papier. Mikrob, który dajmy na to żyje na powierzchni tego arkusza, i który nie potrafi nic zobaczyć poza tą powierzchnią, nie tylko nigdy nie ujrzy całego stożka, lecz nawet nie potrafi sobie wytworzyć wyobrażenia tego rodzaju ciała. Wszystko, co zobaczy, ograniczy się do spostrzeżenia, że nagle pojawiło się maleńkie kółko, które stopniowo zwiększało się w tajemniczy sposób, aż wreszcie znikło z jego świata równie nagle i niezrozumiale, jak przedtem się pojawiło.

 

W ten sposób to, co w rzeczywistości było szeregiem przekrojów stożka, wyda się mikrobowi ciągiem kolejnych stadiów w życiu koła i nie potrafi on zrozumieć, że te wszystkie kolejne stadia można widzieć równocześnie. a przecież łatwo nam, patrzącym na cały proces z góry, z innego wymiaru, zobaczyć, że mikrob ulega po prostu złudzeniu, które wynika z jego własnego ograniczenia, i że stożek istnieje jako całość przez cały czas. Nasze własne złudzenia na punkcie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości nie różnią się od złudzenia mikroba, a widzenie łańcucha zdarzeń od strony sfery duchowej (buddhi) odpowiada widzeniu stożka jako całości. Naturalnie próba rozwinięcia tego założenia doprowadziłaby nas do szeregu zdumiewających paradoksów; niemniej jednak fakt pozostaje faktem, a przyjdzie czas, że stanie się to dla nas jasne jak słońce. Gdy świadomość ucznia rozwinie się w pełni w sferze duchowej (buddhi), wtedy stanie się dla niego dostępne doskonałe widzenie przyszłości, choć może nie potrafi on – ba, na pewno nie potrafi – używając zwykłej mowy wyrazić treści swojego widzenia całkowicie i we właściwym porządku. Niemniej, kiedykolwiek zechce, będzie miał w wysokim stopniu możliwość jasnego widzenia przyszłości; a gdy nawet nie będzie z niej korzystał, będą nieraz padać w jego zwyczajne życie błyski widzenia przyszłości, tak iż będzie miał często błyskawiczną intuicję i będzie wiedział, jak się wypadki potoczą i to jeszcze zanim się zaczną toczyć.

 

Oprócz doskonałego jasnowidzenia przyszłości obserwujemy, tak samo, jak w poprzednich przypadkach, różne stopnie tego typu jasnowidzenia, od okolicznościowych, niejasnych przestróg, których ściśle rzecz biorąc, nie można nazywać w ogóle jasnowidzeniem, aż do częściej pojawiającego się dosyć rozwiniętego drugiego wzroku. Zdolność, określona tym trochę niejasnym mianem drugiego czy podwójnego wzroku, jest wysoce interesująca i zasługuje na staranniejsze i bardziej systematyczne niż dotąd zbadanie. Podwójny wzrok jest najbardziej znany jako częsta zdolność górali szkockich, choć pojawia się nie tylko u nich. Sporadyczne wypadki zdarzają się prawie w każdym narodzie, lecz najpospolitszym jest wzrok podwójny wśród górali i ludzi, żyjących samotnie.
W Anglii mówi się o nim często, jako o wyłącznej zdolności rasy celtyckiej, lecz w rzeczywistości pojawia się on na całym świecie wśród wszystkich narodów, które żyją w podobnych warunkach.
Stwierdzono na przykład, iż jest on dość pospolity wśród chłopów Westfalii.

 

Podwójny wzrok polega na zobaczeniu obrazu, w którym ukazuje się wyraźnie jakieś przyszłe zdarzenie; może częściej jeszcze przejawia się on jako widzenie przyszłości w postaci symbolicznej.
Godne to uwagi, że przewidziane zdarzenia należą zawsze do nieprzyjemnych, a śmierć jest wśród nich najpowszechniejsza; nie przypominam sobie ani jednego przypadku, w którym by podwójny wzrok ukazał cokolwiek, co by nie miało posępnego charakteru. Ma on sobie właściwą upiorną symbolikę – symbolikę całunów, gromnic i innych okropności pogrzebowych. Niekiedy wydaje się, iż związany on jest w pewnym stopniu z daną miejscowością, znany jest ponieważ fakt, że mieszkańcy wyspy Skye, którzy posiadają tę zdolność, tracą ją z chwilą opuszczenia wyspy, nawet wtedy, gdy tylko przeprawiają się na ląd stały. Dar tego rodzaju widzenia jest często dziedziczny w rodzinie przez całe pokolenia, choć nie jest to regułą, gdyż nieraz pojawia się sporadycznie u jednego członka rodziny, podczas gdy reszta rodziny wolna jest od jego smutnego wpływu.

 

Podałem już wyżej przykład wyraźnej wizji, w której to podwójny wzrok ukazał przyszłe zdarzenie na kilka miesięcy naprzód. Tu podam inny, może jeszcze bardziej wymowny przykład, a podam go ściśle tak, jak mi go opowiedział jeden z uczestników zdarzenia.

 

“Zagłębiliśmy się w dżunglę i szliśmy około godziny bez większego powodzenia, gdy Cameron, który przypadkowo znajdował się najbliżej mnie, zatrzymał się nagle blady jak trup i wskazując prosto przed siebie, zawołał z przerażeniem:

– Patrzcie, patrzcie! Na Boga, patrzcie tam!

– Gdzie? Co takiego? Co tam jest? – krzyczeliśmy wszyscy bezładnie, biegnąc ku niemu i oglądając się dookoła, pewni, że ujrzymy tygrysa, kobrę – sami właściwie nie wiedzieliśmy co – lecz na pewno coś strasznego, skoro to wystarczyło, by sprawić takie wrażenie na naszym opanowanym zwykle towarzyszu. Lecz nie było widać ani tygrysa, ani kobry – nic oprócz Camerona, który z upiorną twarzą i oczami w słup wskazywał na coś, czego nie mogliśmy zobaczyć.

– Cameron! Cameron! – wołałem, chwytając go za ramię. – Na Boga, mów! Co się stało?

Zaledwie wyrzekłem te słowa, gdy uderzył w moje uszy cichy, lecz bardzo osobliwy dźwięk, a Cameron, który opuścił wzniesioną rękę, wykrztusił chrapliwym, zduszonym głosem.

– Tam, słyszycie? Bogu dzięki już przeszło! – i upadł bez zmysłów na ziemię.

Powstało krótkie zamieszanie; rozpięliśmy mu kołnierzyk, na twarz wylałem mu odrobinę wody, którą miałem na szczęście w butelce; ktoś inny próbował wlać mu wódki przez zaciśnięte zęby; podczas tego szeptałem do stojącego najbliżej towarzysza {nawiasem mówiąc największego wśród nas sceptyka).

– Beauchamp, czy ty coś słyszałeś?

– Owszem – odpowiedział – dziwny, bardzo dziwny odgłos; coś w rodzaju trzasku czy odległego grzechotu, choć zupełnie wyraźnie; gdyby to nie było całkiem niemożliwe, przysiągłbym, że to był grzechot salwy muszkietów.

– Takie samo było moje wrażenie – odpowiedziałem szeptem – ale cicho! Już przychodzi do siebie.

Za minutę lub dwie Cameron mógł już słabo mówić i zaczął nam dziękować, i przepraszać za kłopot, jaki nam sprawił; po chwili usiadł, opierając się o drzewo i odezwał się mocnym, choć jeszcze cichym głosem:

– Moi drodzy, czuję, że winien jestem wam wyjaśnić moje niezwykłe zachowanie się. Będzie to takie wyjaśnienie, że wolałbym go nie podawać, lecz i tak przyjdzie na nie czas, więc równie dobrze można je powiedzieć od razu. Zauważyliście może podczas naszej podróży, że gdy wy wszyscy szydziliście ze snów, wróżb i widzeń, ja stale unikałem wypowiadania się w tej sprawie. Postępowałem tak, bo będąc innego zdania nie chciałem się ośmieszać ani wywoływać dyskusji, a wiedziałem zbyt dobrze z własnego doświadczenia, że świat zwany przez ludzi nadnaturalnym jest równie – a może nawet bardziej – rzeczywisty niż ten świat, który widzimy dookoła. Innymi słowy, podobnie jak na wielu moich rodakach, ciąży na mnie przekleństwo podwójnego wzroku – ta straszna zdolność, która ukazuje obrazy nieszczęść, które mają niedługo nadejść. Taką właśnie wizję miałem przed chwilą, i jak widzieliście, wstrząsnęła mną jej wyjątkowa okropność. Zobaczyłem trupa, lecz nie kogoś, kto zmarł śmiercią naturalną, lecz ofiarę strasznego wypadku. Upiorna, bezkształtna masa z nabrzmiałą i zmiażdżoną do niepoznania twarzą. Widziałem tę straszną masę złożoną w trumnie i pogrzeb, jaki się potem odbywał. Widziałem cmentarz i duchownego, a chociaż nie znałem przedtem ani tego cmentarza, ani księdza, jednak obraz ich mam wyryty w oczach bardzo dokładnie. Widziałem was, siebie, Beauchampa i wiele jeszcze osób, stojących dookoła w żałobie, widziałem, jak żołnierze po skończonej ceremonii przygotowywali się do strzału, usłyszałem salwę, a potem nie wiedziałem już o niczym.

Gdy Cameron mówił o salwie spojrzałem z dreszczem na Beauchampa, a wyrazu przerażenia na tej przystojnej twarzy sceptyka nigdy nie zapomnę”.

 

Jest to tylko jeden przykład z bardzo ciekawego opowiadania o doświadczeniach psychicznych, w tej chwili jednak zajmuje nas tylko sprawa jasnowidzenia, wystarczy więc, jeśli powiem, że oddział młodych żołnierzy odnalazł w ciągu tegoż dnia ciało swojego dowódcy, w takim okropnym stanie, jak to opisał Cameron. Opowiadanie brzmi dalej następująco:

 

“Gdy następnego wieczoru przybyliśmy do miejsca przeznaczenia i gdy nasze zeznanie zostało spisane przez właściwe władze, Cameron i ja udaliśmy się na przechadzkę, aby z pomocą kojącego wpływu natury strząsnąć z siebie trochę ponury nastrój, który paraliżował nasze dusze. Nagle Cameron chwycił mnie za ramię, i wskazując przez prymitywne ogrodzenie, rzekł drżącym głosem:

– Tak, to tutaj! To jest cmentarz, który wczoraj widziałem.

A gdy później zostaliśmy przedstawieni kapelanowi placówki, zauważyłem, choć moi przyjaciele tego nie spostrzegli, nieopanowane drżenie, z jakim Cameron ujął jego dłoń, i domyśliłem się od razu, że rozpoznał w nim księdza ze swojego widzenia”.

 

Jeśli chodzi o okultystyczne wyjaśnienie tego wydarzenia, uważam, że widzenie Camerona jest typowym przykładem jasnowidzenia; a jeśli tak było, to okoliczność, że dwie osoby najbliżej niego stojące (na pewno jedna z nich, a prawdopodobnie obie dotykały go w danej chwili) uczestniczyły w jego widzeniu, w ograniczonym stopniu, słysząc końcową salwę, podczas gdy inne osoby, które nie były tak blisko, nic nie słyszały, dowodzi, że siła, z jaką widzenie podziałało na widzącego, wywołała w jego organizmie myślowym tak silne drgania, iż udzieliły się one organizmom myślowym osób, które się z nim stykały, tak samo, jak przy zwykłym przenoszeniu myśli.

 

Można łatwo podać mnóstwo podobnych przykładów. Jeśli chodzi o jasnowidzenie symboliczne, to zazwyczaj ci, którzy go posiadają, twierdzą, że jeżeli ujrzą osobę w postaci widma zawiniętego w całun, to jest to pewną przepowiednią jej śmierci. Datę zbliżającego się zgonu wskazuje okoliczność, w jakim stopniu widmo jest zawinięte w całun, albo też pora dnia, w której widzenie ma miejsce; jeśli ponieważ zjawa ukaże się wczesnym rankiem, to oznacza to, że dany człowiek umrze jeszcze tego samego dnia, jeśli ukaże się wieczorem – śmierć przyjdzie dopiero w ciągu roku.

 

Inną odmianą (i to bardzo szczególną) symboliki tego rodzaju jasnowidzenia jest pojawienie się osoby, która ma umrzeć, w postaci zjawy pozbawionej głowy. Przykład z tego zakresu podaje książka “Znaki przed śmiercią”, wypadek ten zdarzył się w rodzinie dr Ferier widzenie ukazało się dopiero w chwili śmierci lub krótko przed nią.

 

Przechodząc od jasnowidzów, którzy trwale posiadają pewne zdolności, chociaż tylko czasem panują w pełni nad ich przejawami, zajmijmy się wielką ilością odosobnionych przypadków przewidywania przyszłości przez ludzi, którym zdarza się to tylko sporadycznie. Najwięcej zachodzi ich we śnie, choć jednak nie brak przykładów widzeń na jawie. Czasem widzenie takie odnosi się do wydarzenia ważnego dla widzącego i to uzasadnia wysiłek Ego, aby je wryć w świadomość danego człowieka. W innych przypadkach przewidziane zdarzenia nie mają większego znaczenia, ani też się nie wiążą z osobą, która je przewidziała. Niekiedy jest oczywiste, że zamiarem Ego (lub przysyłającej wiadomość jakiejś wyższej istoty) jest ostrzec niższą osobowość o zbliżaniu się jakiegoś nieszczęścia w celu zapobieżenia mu lub jeśli to niemożliwe, w celu zmniejszenia wstrząsu dzięki przygotowaniu na nie.

 

Wydarzeniem najczęściej w ten sposób przewidywanym, jest śmierć, czasem śmierć samego widzącego, czasem kogoś mu bliskiego. Ten rodzaj przewidywań jest tak pospolity w literaturze tego przedmiotu, a treść ich tak oczywista, że właściwie nie ma potrzeby przytaczania przykładów; niemniej parę przykładów, w których widzenie prorocze, chociaż wyraźnie pożyteczne, ma mniej przykry charakter, wzbudzi może zainteresowanie czytelnika. Poniższy wyjątek pochodzi z książki Mrs. Crowe “Nocna strona Natury”.

 

“Kilka lat temu śniło się doktorowi Watsonowi, mieszkającemu obecnie w Glasgow, że wezwano go do chorego w miejscowości oddalonej o kilka mil od jego mieszkania; dosiadł we śnie konia i ruszył w drogę, gdy przejeżdżał przez wrzosowisko ujrzał byka, który rzucił się z wściekłością na niego; rogów byka uniknął tylko dzięki temu, że schronił się w miejsce niedostępne dla zwierzęcia i tam czekał dłuższy czas, aż przyszli mu z pomocą ludzie, którzy zauważyli jego położenie i uwolnili go.

Gdy nazajutrz rano podczas śniadania przyszło wezwanie do tego chorego, doktor zaśmiał się z powodu osobliwego, jak myślał, zbiegu okoliczności wyruszył konno. Nie znał wcale drogi, ta jednak doprowadziła go powoli do wrzosowiska, które zaraz rozpoznał, a niebawem ukazał się także byk pędzący cwałem na niego. W proroczym śnie widział miejsce schronienia, to też podążył tam natychmiast. Spędził tam trzy czy cztery godziny oblegany przez zwierzę, aż uwolnili go wieśniacy. Dr Wafson oświadcza, że gdyby nie sen nie wiedziałby, gdzie szukać ratunku”.

 

Inny przypadek, w którym upłynęło o wiele więcej czasu pomiędzy przestrogą i jej spełnieniem się, podaje dr F. G. Lec w książce “Przebłyski nadnaturalnego”.

 

“Hannah Green, gospodyni pewnej rodziny ziemiańskiej w Oxfordshire, śniło się kiedyś w nocy, że będąc pewnego niedzielnego wieczoru sama w domu usłyszała pukanie do głównych drzwi domu; gdy podeszła do drzwi zastała tam uzbrojonego w gruby kij włóczęgę o podejrzanym wyglądzie, usiłującego wedrzeć się przemocą do domu. Zdawało się jej, że przez pewien czas walczyła z nim, aby go nie wpuścić, lecz bezskutecznie; powalona na ziemię straciła przytomność, a on wszedł do domu. Tu się przebudziła.

Ponieważ przez dłuższy czas nic nie zaszło, treść snu uległa zapomnieniu, i jak sama twierdzi, sen całkiem uleciał jej z pamięci. Jednak w siedem lat później zdarzyło się, że pilnowała razem z dwoma innymi służącymi samotnego domu w Kensington, i że pewnego niedzielnego wieczoru obaj służący wyszli z domu, pozostawiając ją samą. Nagle usłyszała głośne pukanie do drzwi frontowych domu.

Dawny sen przypomniał się jej od razu ze szczególną wyrazistością i niezwykłą siłą, i odczuła mocno swoje całkowite osamotnienie. Zapaliła natychmiast lampę stojącą na stole w sieni – gwałtownie stukanie do drzwi nie ustawało – i kierując się przestrogą weszła na schody na półpiętro, by otworzyć okno; ku wielkiemu swojemu przerażeniu ujrzała tego samego uzbrojonego w pałkę człowieka, którego widziała przed laty we śnie. z dużą przytomnością umysłu zeszła do drzwi frontowych, zabezpieczyła je, jak również inne drzwi i okna, zaczęła dzwonić gwałtownie we wszystkie dzwonki i oświetliła górne pokoje. Napastnik spłoszony uciekł”.

 

Rzecz oczywista, że i w tym wypadku sen miał wartość praktyczną, gdyż bez niego zacna gospodyni z samego przyzwyczajenia byłaby niewątpliwie otworzyła drzwi, jak to zwykle czyniła, gdy ktoś do nich pukał.

 

Jednak nie tylko podczas snu Ego odbija w swojej niższej świadomości to, co uważa za pożądane dla niej. Można by tu przytoczyć na podstawie książek wiele przykładów, jednak zamiast nich zacytuję zdarzenie, opowiedziane mi przez pewną znajomą, które choć nie posiada romantycznych zalet ma tę zasługę, że jest nowe.

 

Moja przyjaciółka zatem ma dwoje dzieci, z których starsze niedawno, jak sądzono, przeziębiło się bardzo silnie i cierpiało od szeregu dni na kompletne zatkanie górnej części nosa. Matka sądząc, że katar sam przejdzie, z początku mało na to zwracała uwagi, aż pewnego dnia ujrzała nagle przed sobą w powietrzu – jak sama opisuje – coś jakby obraz pokoju, w którym na środku stał stół, a na stole leżało jej dziecko bez czucia czy bez życia, kilku zaś ludzi pochylało się nad nim. Jasno widziała najdrobniejsze szczegóły obrazu, a w szczególności zauważyła, że dziecko miało na sobie białą koszulkę nocną, chociaż wiedziała, że jej mała córeczka posiada tylko różowe koszulki. Widzenie to wywarło na niej silne wrażenie i przyszło jej po raz pierwszy na myśl, że dziecko może cierpi na coś poważniejszego niż katar; zawiozła je zatem do szpitala w celu zbadania. Chirurg stwierdził w nosie niebezpieczną narośl i orzekł, że należy ją usunąć. W kilka dni później wzięto dziecko do szpitala na operację. Gdy matka przywiozła córeczkę do szpitala, zauważyła, że zapomniała zabrać ze sobą koszulek nocnych dziecka, wobec czego pielęgniarki ubrały ją w białą koszulkę. W tej białej koszulce przeszła dziewczynka następnego dnia operację; operacja zaś odbyła się w tym samym pokoju, który matka jej ujrzała w widzeniu, tak iż wszystko się odbyło w każdym szczególe zgodnie z widzeniem.

 

We wszystkich tych przykładach widzenie się spełniło, jednak można spotkać w książkach pełno opowiadań o przykładach, w których zlekceważono lub wyśmiano przestrogę, i o nieszczęściach, które potem nastąpiły. Niekiedy przestrogę otrzymuje ktoś, kto w istocie rzeczy nie jest w stanie przeszkodzić faktom, jak to miało miejsce w historycznym zdarzeniu, gdy John Williams, dyrektor kopalni w Kornwalii, przewidział w najdrobniejszych szczegółach na osiem czy dziewięć dni naprzód zabicie Spencera Percevala, ówczesnego kanclerza skarbu, w kuluarach Izby Gmin. Jednak i w tym wypadku prawdopodobnie można było coś zrobić dla zapobieżenia nieszczęściu, gdyż sen wywarł tak silne wrażenie na Williamsie, iż pytał swoich przyjaciół, czy nie powinien pojechać do Londynu, aby przestrzec Percevala. Niestety odradzili mu i zabójstwo stało się faktem. Zresztą, gdyby nawet Williams pojechał do Londynu i opowiedział swój sen, wydaje się mało prawdopodobne, aby przyłożono do tego większą wagę; mimo to jest możliwe, że zastosowano by pewne środki ostrożności, które zapobiegłyby morderstwu.

 

Nie wiele można powiedzieć o tym, jakie szczególne czynniki w wyższych sferach spowodowały tę osobliwą proroczą wizję. Williams i Perceval nie znali się wzajemnie, tak iż wizji tej nie mogła wywołać silna sympatia. Jeśliby to była próba odwrócenia losu dokonana przez jakiegoś niewidzialnego przyjaciela, to dziwne się wydaje, że nikt inny dostatecznie wrażliwy nie znalazł się bliżej w Kornwalii.
Być może także, iż Williams natknął się przypadkiem podczas snu na to odbicie przyszłości w sterze astralnej, i przerażony, odbił je w swojej niższej świadomości w nadziei, że może przecież uda mu się coś uczynić dla zapobieżenia nieszczęściu; jest jednak rzeczą niemożliwą wyjaśnić ten przypadek z całkowitą pewnością bez zbadania Kroniki Akashy i zobaczenia co właściwie zaszło.

 

Typowy przykład całkowicie bezcelowego widzenia przyszłości podaje Stead w książce ,,Prawdziwe historie o duchach”, opowiadając o widzeniu swojej przyjaciółki miss Freer, znanej ogólnie jako miss X. Podczas pobytu na wsi ujrzała ona pewnego razu w stanie zupełnej nieprzytomności i na jawie, że przed gankiem domu zatrzymał się lekki powozik zaprzężony w białego konia, i że siedziało w nim dwóch obcych panów. Jeden z nich wysiadł z powozu i stał bawiąc się z foksterierem. Zauważyła, że był on w płaszczu, a w szczególności wpadły jej w oczy świeże ślady kół powozu na żwirze. a przecież nie było tam wcale powozu w tej chwili, w ciągu pół godziny jednak zajechało rzeczywiście w takim ekwipażu dwóch obcych panów i spełnił się dokładnie każdy szczegół widzenia. Stead podaje jeszcze inny przykład bezcelowego widzenia przyszłości, w którym siedem lat dzieliło sen (gdyż w tym przypadku był to sen) od jego spełnienia się.

 

Wszystkie te przykłady (a są one tylko na chybił trafił wybrane spośród wielu setek) dowodzą, że dla Ego jest niewątpliwie możliwe w pewnym zakresie widzenie przyszłości, i że przykłady jego mogłyby być na pewno o wiele częstsze, gdyby nie niezwykła gęstość i niewrażliwość niższych organizmów większej części tak zwanej cywilizowanej ludzkości – cechy, które należy przypisać głównie grubemu, codziennemu materializmowi obecnego wieku. Nie mam tu na myśli uznawania materialistycznego światopoglądu w ogóle, lecz fakt, że prawie każdy człowiek we wszystkich praktycznych sprawach swojego codziennego życia kieruje się wyłącznie pobudkami zwykłego interesu osobistego w takiej czy innej postaci.

 

Często samo Ego bywa nierozwinięte i wskutek tego jego widzenie przyszłości jest bardzo mgliste; kiedy indziej znów ono samo widzi wyraźnie i jasno, lecz jego niższe narzędzia są tak mało wrażliwe, że zaledwie udaje mu się obudzić w fizycznym mózgu nieokreślone przeczucie zbliżającego się nieszczęścia, zdarzają się także przypadki, kiedy przestroga nie pochodzi w ogóle od Ego, lecz od jakiejś innej istoty, która z tego czy innego powodu odnosi się przyjaźnie do osoby, otrzymującej przestrogę. W cytowanej przeze mnie poprzednio książce, opowiada nam Slead o pewności, z jaką przeczuwał na szereg miesięcy naprzód, że zostanie mu odebrane kierownictwo “Pall Mall Gazette”, choć ze zwykłego punktu widzenia wydawało się to mało prawdopodobne. Czy to przewidywanie było wynikiem działania własnego Ego, czy też przyjazną wskazówką ze strony kogoś innego, nie można orzec bez dokładnych badań, niemniej pewność była w pełni usprawiedliwiona.

 

Istnieje jeszcze jedna odmiana jasnowidzenia w czasie, której nie należy pominąć milczeniem. Jest ona stosunkowo rzadka, jednak istnieje dość przykładów, zwracających na nią naszą uwagę, choć niestety podawane w nich szczegóły nie zawsze wystarczają, aby orzec z całą pewnością, że mamy do czynienia z jasnowidzeniem rozważanego właśnie rodzaju. Mam tu na myśli przypadki, w których widziano armie-widma lub upiorne stada zwierząt. W książce “Nocna strona Natury” mamy sprawozdanie z wielu takich wizji. Mamy tam opowiadanie o tym, jak w Havarah Park, niedaleko od Ripley wiarygodni ludzie widzieli oddział kilkuset żołnierzy w białych mundurach, który wykonał szereg rozmaitych ewolucji i następnie znikł; mowa tam także o tym, jak kilka lat wcześniej podobne wojsko widmowe widział w okolicy Inverness pewien poważny wieśniak wraz ze swoim synem. Także w tym wypadku liczba wojska była bardzo duża i obaj widzowie z początku nie mieli najmniejszej wątpliwości, że są to prawdziwi żołnierze z krwi i kości. Naliczyli oni co najmniej szesnaście szeregów kolumny i mieli dość czasu, aby się przypatrzyć wszystkim szczegółom. Przednie szeregi maszerowały siódemkami ramię przy ramieniu, a towarzyszyła im znaczna liczba kobiet i dzieci, niosących cynowe dzbany i inne naczynia kuchenne. Żołnierze byli ubrani na czerwono, a broń ich błyszczała w słońcu. Miedzy nimi znajdowało się jakieś zwierzę – jeleń czy koń, nie można było dokładnie rozpoznać – które żołnierze z wściekłością pędzili bagnetami naprzód.

Młodszy z obu mężczyzn zwrócił uwagę starszego, że ostatnie szeregi musiały od czasu do czasu biec, aby dogonić resztę; starszy, który był kiedyś żołnierzem, odpowiedział mu, że zawsze tak się dzieje, i radził mu, jeśliby kiedyś miał być żołnierzem, aby zawsze starał się maszerować na przedzie.

Był tam tylko jeden oficer konno; jechał na siwym koniu, miał wyszywany złotem kapelusz i błękitny płaszcz husarski z szeroko rozciętymi rękawami z czerwonym brzegiem. Obaj widzowie przyjrzeli mu się tak dokładnie, że oświadczyli później, iż poznaliby go wszędzie. Ze strachu jednak by ich nie zmuszono pójść za wojskiem, które, jak sądzili przybywało z Irlandii, wylądowawszy w Kyntyre, uciekli i podczas gdy wspinali się na skałę, aby zejść z oczu żołnierzom, cala zjawa zniknęła.

 

Zjawisko tego samego rodzaju zaobserwowano w pierwszej połowie XIX stulecia w Paderborn w Westfalii, a widziało je co najmniej trzydzieści osób; ponieważ jednak w kilka lat później odbył się w tym samym miejscu przegląd dwudziestu tysięcy żołnierzy, uznano, że wizja ta należy do rzędu wizji podwójnego wzroku, zdolności dość często w tych stronach spotykanej.

 

Widywano jednak czasem tego rodzaju zastępy widm w takich okolicach, gdzie prawdziwe wojsko nie mogło maszerować ani przedtem ani potem. Jedno z najciekawszych opowiadań o takich zjawach podaje Harriet Martineau w swoim książce “Angielskie Jeziora”.

 

Pisze on:

“Souter lub Soutra Fell jest górą. na której w ciągu jednego dziesięciolecia ubiegłego stulecia, duchy ukazywały się w dziesiątkach tysięcy; te same zjawy widziało dwudziestu sześciu wybranych świadków i wszyscy mieszkańcy chat w obrębie pola widzenia góry, i to w ciągu dwu i pól godziny – zjawisko zniknęło z nadejściem ciemności! Proszę pamiętać, iż góra ta jest urwista, że nie może tam być mowy, o maszerowaniu ludzi z krwi i kości; a północny i zachodni stok góry mają pionowe ściany wysokie na około dwieście siedemdziesiąt metrów.

Pod wieczór świętojański 1735 r. parobek wiejski, służący u mr Lancastera, stojąc w odległości pół mili od góry, widział wschodnią stronę szczytu pokrytą oddziałami, które przez godzinę maszerowały naprzód. Szły one ze wzniesienia od strony północnej – a było wyraźnie widać każdą posiać – i znikały w zagłębieniu u szczytu. Gdy biedny chłopak opowiedział o tym innym, wyśmiano go, podobnie jak to się zwykle dzieje z tymi, którzy pierwsi ujrzą coś niezwykłego. W dwa lata później w wigilię św. Jana również mr Lancaster ujrzał tam kilku ludzi idących za końmi, jak gdyby wracających z polowania. Nie zwrócił z początku na to uwagi; gdy jednak dziesięć minut później przypadkiem spojrzał w górę ponownie, ujrzał teraz postacie te na koniach, a za nimi nieskończony szyk bojowy oddziałów, które maszerowały po pięciu ludzi w szeregu od wzniesienia i ponad rozpadliną podobnie jak poprzednio.

Cała rodzina widziała to wojsko i jego manewry, a także widać było, jak każdą kompanię utrzymywał w porządku oficer na koniu, który galopował to tu, to tam. Gdy nadszedł zmierzch, dyscyplina jakby się rozluźniła, oddziały się pomieszały i jechały nierównym krokiem, aż znikły w ciemnościach.

Teraz oczywiście urągano całej rodzinie Lancaster, jak poprzednio parobkowi; lecz, nie długo trzeba było czekać na ich zwycięstwo. Również w wieczór świętojański 1745r, dwadzieścia sześć osób, umyślnie zaproszonych przez rodzinę Lancaster, widziało to samo i jeszcze coś więcej.

Pomiędzy oddziałami znajdowały się teraz wozy, każdy zaś wiedział, że nie było i nie mogło być wozów na szczycie Souter Fell. Masa ludzi była niewiarygodnie wielka, gdyż oddziały wypełniły przestrzeń pół mili i maszerowały szybko, aż noc zakryła je wciąż maszerujące. Nie było nic mglistego ani nieokreślonego w tych widmach. Wydawały się tak rzeczywiste, że niektórzy udali się na górę następnego ranka, by zobaczyć odciski podków końskich; lecz jakie było ich przerażenie, gdy nie znaleźli ani jednego śladu na wrzosach lub trawie. Świadkowie zeznali o całym zdarzeniu pod przysięgą przed sędzią; cała okolica oczekiwała w wielkiej trwodze nadchodzących wydarzeń powstania szkockiego.

Wychodzi obecnie na jaw, że mniej więcej w tym czasie – mianowicie w 1743 r. coś podobnego widziały także dwie inne osoby, lecz zataiły to, aby się nie narazić na żarty sąsiadów. Mr Wren z Wilton Hall i jego parobek widzieli pewnego letniego wieczoru, jak jakiś mężczyzna z psem gonił parę koni na tak stromym miejscu, że niemożliwe było, by koń mógł tam się utrzymać. Szybkość ich była zadziwiająca, a zniknięcie na południowej granicy góry tak nagłe, że następnego ranka mr Wren poszedł ze służącym, szukać ciała mężczyzny, który musiał się tam zabić. Nie znaleźli jednak ani śladu mężczyzny, konia czy psa; wrócili obaj do domu i trzymali język za zębami. Gdy później opowiedzieli o tym, powiodło im się nie wiele lepiej, choć mieli w swojej niesławie dwudziestu zaprzysiężonych towarzyszy”.

 

Jako wyjaśnienie wydawca “Lonsdale Magazine” podał, iż stwierdzono, że w wieczór świętojański 1745r. rozruchy “miały miejsce na zachodnim wybrzeżu Szkocji, i że ich obraz odbił się w przejrzystych oparach, podobnie jak fatamorgana”.

 

Fakty te jednak wydobyły na jaw znacznie więcej podobnych, jak przemarsz widm tego samego rodzaju, widziany w Leicestershire 1707 r. i podanie o wędrówce armii przez Helvellyn wieczorem przed bitwą pod Marston Moor.

 

Przytacza się też inne przypadki, kiedy widziano widmowe stada owiec na drogach, a znane są również rozmaite niemieckie podania o kawalkadach widm myśliwych i zbójców.

 

We wspomnianych zdarzeniach, podobnie jak to się często zdarza przy badaniu zjawisk okultystycznych, zachodzi możliwość wielu przyczyn, z których każda mogła wystarczyć do wywołania zaobserwowanego zdarzenia, lecz w braku dokładnych sprawozdań trudno jest zrobić coś więcej, jak snuć przypuszczenia, która z tych możliwych przyczyn wchodziła w grę, w każdym poszczególnym przypadku.

 

Zwykle przyjmuje się wyjaśnienie (o ile w ogóle nie wyśmiewa się całego opowiadania jako zmyślonego), że wszystko widziane jest odbiciem w powietrzu (mirażem) ruchów rzeczywistych oddziałów żołnierzy z krwi i kości, które się odbywają w znacznej odległości. Sam widziałem kilkakrotnie zwykły miraż i wiem coś o zadziwiającej potędze jego złudzenia; wydaje mi się jednak, że potrzeba nam przyjąć istnienie zupełnie innego rodzaju mirażu, całkowicie odmiennego od znanego obecnie nauce, aby móc wytłumaczyć te opowieści o armiach-widmach, które czasem przechodzą w odległości paru metrów od widza.

 

Przede wszystkim może to być, jak we wspomnianym wyżej przypadku westfalskim, prosty przykład widzenia przyszłości na ogromną skalę – przez kogo wywołanych i dla jakich celów, nie łatwo rozstrzygnąć. Często także widma te mogą należeć do przeszłości, a nie do przyszłości i być odbiciem scen z Kroniki Akashy – choć i w tym przypadku niejasna jest przyczyna i sposób powstania tego odbicia.

 

Istnieje wiele rodzajów duchów przyrody, które jeśli tego z jakichkolwiek przyczyn zapragną, potrafią stwarzać z całą doskonałością tego rodzaju zjawy, dzięki zadziwiającej potędze swojej wyobraźni (C. W. Leadbeater “Plan astralny”) zwłaszcza że tego rodzaju działanie całkowicie odpowiada ich zamiłowaniu do mistyfikowania i wprowadzania ludzi w błąd. a mogą to też być czasem przyjazne ostrzeżenia pod adresem przyjaciół przed wydarzeniami, o których nadejściu wiedzą one naprzód. Wydaje się, że po tej linii byłoby najrozsądniej szukać wyjaśnienia niezwykłych zjawisk, które opisuje Martineau, jeśli opowiadane przez nią wizje są autentyczne.

 

Inna możliwość polega na tym, że postacie, które w niektórych przypadkach brano za żołnierzy, były to po prostu same duszki przyrody, które, znajdując w tym zawsze wielką przyjemność, wykonywały szereg planowych ewolucji, choć przyznać trzeba, że ewolucje ich rzadko mają taki charakter, iżby wyjąwszy największych ignorantów można je uważać za manewry wojskowe.

 

Stada zwierząt w większości przykładów są prawdopodobnie tylko odbiciem z Kroniki; zdarzają się jednak także wypadki, które podobnie jak “dzicy myśliwi” z klechd niemieckich należą do całkiem innej kategorii zjawisk, które wykraczają poza zakres naszego tematu. Ci, którzy studiują okultyzm wiedzą, że okoliczności, towarzyszące wydarzeniom o niezwykłym napięciu przerażenia lub cierpienia, jak na przykład towarzyszące wyjątkowo okropnym morderstwom, ulegają łatwo przy lada sposobności odtworzeniu i to w postaci, która może być widziana już przy bardzo słabym rozwoju zdolności psychicznych; zdarza się niekiedy, że do otoczenia, w którym rozegrała się taka scena należą zwierzęta, i że je również wskutek tego odtwarza od czasu do czasu niespokojne sumienie mordercy.

 

Niezależnie od tego, na czym się opierają przeróżne opowiadania o jeźdźcach-widmach i o gromadach myśliwych, można je prawdopodobnie zaliczyć do tej właśnie kategorii. Tak też pewnie należy wyjaśnić wiele wizji widmowych armii, jak na przykład przedziwne powtarzanie się bitwy pod Edgehill parę razy w ciągu kilku miesięcy po prawdziwej bitwie, jak to stwierdził pewien sędzia pokoju, duchowny i inni naoczni świadkowie w ciekawej broszurze zatytułowanej “Prodigious Noises of War and Battle, at Edgehill, near Keinton, in Northamptonshire”. Według tej broszury, wypadek ten, badany był w owym czasie przez oficerów armii, którzy rozpoznań widma wielu osób.
Wygląda to wyraźnie na przykład straszliwej zdolności nieokiełznanych namiętności ludzkich do odtwarzania się i materializowania w taki osobliwy sposób.

 

W niektórych przypadkach jasne jest, że zaobserwowane stada zwierząt są po prostu nieczystymi, sztucznymi żywiołami (elementalami), które przyjęty tę postać, aby wchłaniać w siebie wstrętne wyziewy najbardziej ponurych miejsc, takich, jak na przykład miejsca szubienic. Tego rodzaju przykład znajduje się w znanym opowiadaniu “Upiory szubienicy”; upiory te widywano nieraz w postaci stad niekształtnych stworzeń, podobnych do świń, które noc w noc tłoczyły się, ryły ziemię i walczyły ze sobą na miejscu tego plugawego pomnika zbrodni. To jednak należy już raczej do innej dziedziny, niż jasnowidzenie.

 

Charles Webster Leadbeater – Jasnowidzenie

Udostępnij na: