Jasnowidzenie w czasie

Jasnowidzenie w czasie – czyli zdolność czytania przeszłości lub przyszłości – podobnie jak i inne odmiany jasnowidzenia spotyka się w postaci mniej lub bardziej rozwiniętej, zaczynając od człowieka, który włada w całej pełni tą dwustronną zdolnością, aż do tego, który tylko niekiedy, jak gdyby przypadkiem i mimo woli widuje w ułamkowych przebłyskach jakieś sceny z dawnych czasów.
Człowiek tego typu jest w stanie zobaczyć, powiedzmy, jakieś zdarzenie z przeszłości, lecz może je najzupełniej przekręcić, a jeśli je nawet odtworzy dokładnie, będzie ono z pewnością tylko oderwanym obrazem i obserwator nie potrafi połączyć go z tym, co było poprzednio lub co nastąpi później, ani też nie potrafi wyjaśnić osobliwszych szczegółów, jakie się mogą znaleźć w obrazie. Natomiast wyrobiony jasnowidz będzie mógł swobodnie zarówno śledzić wstecz jak i w przód, i to tak daleko, jak zechce, rozwój związanej z danym obrazem akcji, jak i odnaleźć z równą łatwością przyczyny, które ją wywołały i skutki, które z kolei ona wytworzyła.

 

Łatwiej zapewne będzie zrozumieć tę dość trudną część naszego tematu, jeśli rozpatrzymy ją częściami, na które się w sposób naturalny rozkłada, i zajmiemy się najpierw widzeniem przenikającym wstecz, w przeszłość, a potem dopiero przebijającym się poza zasłonę przyszłości. W jednym i drugim przypadku dobrze jest starać się zrozumieć, ile się da, choć uda się nam, to tylko częściowo, tak ze względu na bardzo szczupłe i niedoskonałe informacje, jakie badacze nasi o niektórych zwłaszcza częściach tego tematu posiadają, jak i ze względu na ubóstwo naszego języka, które stwarza nieprzezwyciężoną trudność, gdy usiłujemy oddać w słowach choćby setną część tego, co wiemy o różnych sferach i zdolnościach.

 

Jeśli chodzi o szczegółowe widzenie odległej przeszłości, jak można je osiągnąć i do jakiej właściwie należy ono sfery natury? Zapewne odpowiedź na oba te pytania zawiera się w zdaniu, że przeszłość odczytuje się z Kronik Akashy, ale to powiedzenie wymaga znów tłumaczenia dla wielu czytelników. Przy tym słowo to wprowadza do pewnego stopnia w błąd, bo choć bez wątpienia Kroniki te odczytuje się z Akashy czyli z materii mentalnej, jednak właściwie one wcale do niej nie należą.
Jeszcze gorsza jest druga, używana czasem nazwa: “odbicia lub Kroniki w świetle astralnym”, ponieważ Kroniki te znajdują się o wiele wyżej niż sfera astralna, a wszystko, co w sferze tej możemy odczytać, to są tylko ułamkowe przebłyski pewnego rodzaju wtórnego ich odbicia, jak to obszerniej postaram się zaraz wytłumaczyć.

 

Podobnie jak wiele innych terminów teozoficznych, słowo “Akasha” było niejednokrotnie używane bardzo dowolnie. W wielu dawniejszych książkach uważano je za równoznaczne z terminem światło astralne, w innych znów używano go nieraz do określenia wszelkiej materii niewidzialnej, poczynając od “mulaprakriti”, a kończąc na eterze fizycznym. Ostatnio ograniczono jego znaczenie do określenia materii sfery mentalnej i tylko w tym znaczeniu możemy mówić o Kronikach Akashy, bo choć pierwotnie nie tworzą się one w tej sferze, jednak w niej wchodzimy w ścisłą styczność z nimi po raz pierwszy i odkrywamy możliwość dokładnego ich badania. Sprawa owych Kronik nie jest jednak łatwym do przedstawienia przedmiotem, ponieważ należy do tej kategorii faktów, do których należytego zrozumienia potrzeba rozwoju o wiele wyższych umiejętności, niż ludzkość zdążyła dotąd rozwinąć.
Właściwe wyjaśnienie tej sprawy znajduje się w sferze o wiele wyższej, niż te, które dotąd znamy, a wszelka nasza wiedza o niej, musi mieć z konieczności jak najbardziej ułamkowy charakter, gdyż możemy na nią patrzeć tylko od dołu, zamiast z góry. Pojęcie, jakie zdołamy sobie o niej stworzyć, będzie bardzo niedoskonałe, choć jednak niekoniecznie musi nas mylić, jeśli tylko nie zechcemy uważać tej drobnej cząstki, jaką możemy poznać, za pełną, wszechstronną całość. Jeśli będziemy czuwać, aby pojęcia, które sobie tworzymy, były możliwie ścisłe, nie będziemy musieli ich potem obalać, lecz tylko będziemy je dopełniać zdobywaną w miarę swojego rozwoju coraz szerszą wiedzą.
Musimy od razu zrozumieć, że całkowite ogarnięcie tego przedmiotu jest w obecnym stanie naszego rozwoju niemożliwością, a wiec, że wielu punktów nie da się dokładnie wyjaśnić, chociaż można podać pewne analogie lub podać drogę do znalezienia wyjaśnienia.

 

Postarajmy się zwrócić myślą ku prapoczątkom systemu słonecznego, do którego należymy. Znamy wszyscy zwykłą, astronomiczną teorię jego powstania – zwaną zwykle hipotezą mgławic – według której powstał on z gigantycznej, jarzącej się mgławicy, o średnicy przekraczającej znacznie nie tylko średnicę orbity Ziemi, ale i najdalszej planety; ogromna mgławica, stygnąc i kurcząc się stopniowo w przeciągu niezliczonych wieków, wyłoniła cały znany nam system słoneczny.

 

Wiedza okultystyczna przyjmuje, że teoria ta w głównych swoich zarysach przedstawia zgodnie z prawdą stronę czysto fizyczną ewolucji naszego systemu, dodaje jednak, że jeśli ograniczymy się do tej wyłącznie fizycznej strony, będziemy mieli o całokształcie procesu tylko bardzo ułamkowe i niejednolite pojęcie. Przede wszystkim wychodzi ona z założenia, że cały system stwarza niezmiernie wysoka Istota, (którą nieraz zwiemy Logosem – Słowem systemu), która w Swojej boskiej myśli tworzy najpierw całkowitą i doskonałą koncepcję całości systemu wraz ze wszystkimi kolejnymi łańcuchami światów, jakie się mają w przyszłości rozwinąć. Przez sam fakt stworzenia Swoją myślą tego olbrzymiego pierwowzoru, powołuje Ona równocześnie całość systemu do obiektywnego bytu na planie Swojej myśli, to jest w sferze daleko wyższej ponad wszystko, co znamy; z niej to wszystkie globy schodzą niejako w odpowiednim czasie w taki stan dalszej obiektywizacji, jaki w planie Swoim myśl Logosu dla nich wyznaczyła. Jeśli nie potrafimy w pełni zrozumieć i zapamiętać na stałe tego faktu, iż istnienie całokształtu systemu w wyższej sferze jest konkretną rzeczywistością od samego początku, będziemy wciąż mylnie rozumieli odgrywającą się przed naszymi oczami ewolucje fizyczną.

 

Okultyzm idzie jeszcze dalej. Twierdzi on, że nie tylko cały ten wspaniały system słoneczny został przez Słowo (Logos) powołany do bytu, zarówno na wyższych jak i na niższych planetach, ale że pozostaje w jeszcze ściślejszym z Nim związku, gdyż stanowi nierozdzielną Jego część – cząstkowy Jego wyraz na fizycznym planie – a wszelki ruch i energia, istniejąca gdziekolwiek w całym systemie, jest Jego energią, wszelkie zaś istnienie i przemiany dokonują się w obrębie Jego aury.
Koncepcja ta, jakkolwiek może się zdawać oszałamiająca, nie jest przecież zbyt trudna do pomyślenia dla nikogo, kto badał, czym jest aura.

 

Wiemy, że w miarę rozwoju i postępu człowieka jego ciało przyczynowe (ciało przyczynowe to synteza wszystkich doświadczeń człowieka w ciągu wszystkich jego wcieleń, synteza wyrażona w niezmiernie subtelnej i świetlistej, lecz przecież materialnej postaci). Okultyzm używa w tym wypadku nazwy “ciało”, choć mało ono przypomina zwykłe fizyczne ciało. Nazwa ta podkreśla jego materialny i pod pewnymi względami podobny do ciała fizycznego charakter. Tutaj posługujemy się często nazwą “organizm” (uczuciowy lub myślowy albo eteryczny, astralny i mentalny) zamiast nazwy “ciało”, która przyjęła się dotąd w polskiej terminologii okultystycznej, które wytycza granice jego aury, zarówno powiększa się stale, jak i zyskuje na świetlistości i czystości barw. Wielu z nas wie ze swojego doświadczenia, że aura ucznia, który poczynił znaczniejsze postępy na ścieżce, jest o wiele większa, niż aura człowieka, który stawia dopiero pierwsze kroki na niej; aura zaś adepta jest nieporównanie większa. Czytamy w ezoterycznych księgach Wschodu o olbrzymiej aurze Buddy; wspomina się w pewnym miejscu, o promieniu trzech mil, lecz niezależnie od tego, jaki jest jej istotny rozmiar, mamy tu wyrażony fakt, że ciało przyczynowe wzrasta i rozszerza się niezmiernie szybko, gdy człowiek wchodzi na ścieżkę, wiodącą w górę. Są pewne dane, że wzrost ten odbywa się w stosunku geometrycznym, nie należy się więc dziwić, gdy się słyszy, że aura Adepta o jeszcze większym poziomie rozwoju może ogarnąć całą Ziemię; a od tego tylko krok do koncepcji, że istnieje Byt tak wysoki, iż ogarnia sobą całość systemu słonecznego. a powinniśmy też i na to zwrócić uwagę, że jakkolwiek olbrzymi On nam się wydaje, jest tylko malutką kroplą w niezmierzonym oceanie przestrzeni.

 

Dosłowną prawdą jest to, co mówią starożytne księgi o Logosie-Słowie, (posiadającym wszystkie przymioty i moce, jakimi obdarzamy w swoim rozumieniu Najwyższego), że “z Niego, przez Niego i w Nim istnieje rzecz wszelka”, i że “w Nim wszystko żyje, działa i ma swój byt”.

 

Jeśli tak jest, to wszystko, co się dzieje w naszym systemie, dzieje się dosłownie w obrębie Jego świadomości i życia, a więc musi mieć dokładne swoje odbicie w Jego pamięci. Jasne jest również, że niezależnie od tego, w jakiej sferze istnieje ta przedziwna pamięć, musi ona być nieskończenie wyższa od wszystkiego, co znamy, i że wobec tego wszelkie odbicie pamięci, które potrafimy odczytać, jest tylko odzwierciedleniem w gęstej materii niższych sfer jakiegoś obrazu z Jego pamięci.

 

W sferze astralnej można łatwo stwierdzić, że wszystko, z czym w tej dziedzinie mamy do czynienia, jest tylko odbiciem odbicia i to bardzo niedoskonałym, że wszelkie obrazy Kroniki, które tam możemy dostrzec, są ułamkami fragmentów i to nieraz poważnie spaczonymi i załamanymi. Wiemy, że symbolem światła astralnego jest woda; jest to dobry symbol w tym przypadku. Cicha powierzchnia wody może dać podobnie jak lustro, wyraźne odbicie otaczających przedmiotów. Będzie to jednak w najlepszym razie tylko odbicie przedmiotów trójwymiarowych w dwuwymiarowej płaszczyźnie i dlatego będzie się różnić) od oryginału we wszystkim oprócz barwy; poza tym będzie ono zawsze odwrócone.

 

Gdy powierzchnia wody się zmarszczy, lub zafaluje od wiatru, cóż wtedy ujrzymy? Oczywiście też odbicie, ale tak połamane i rozbite, że będzie bezużyteczne, a nawet będzie wprowadzać w błąd, jeślibyśmy chcieli tylko z niego sądzić o istotnym wyglądzie przedmiotów. Może uda się nam pochwycić od czasu do czasu wyraźny obraz drobnej cząstki sceny – ujrzeć na przykład z całości drzewa jeden liść dokładnie odbity; wymagałoby to jednak długiej pracy i wielkiej znajomości praw przyrody, aby wielką ilość takich oddzielnych, ułamkowych odbić ułożyć w całość, tak aby uzyskać choć w części prawdziwe pojęcie o oryginalnym przedmiocie.

 

Lecz w sferze astralnej nie możemy mieć nigdy takiej cichej i gładkiej powierzchni, o jakiej wspomnieliśmy, odwrotnie, mamy tam zawsze do czynienia z szybkim, oszałamiającym ruchem: już z tego możemy osądzić, jak mało można polegać, jeśli chodzi o dokładność, na odbiciach tej sfery. a więc jasnowidz, posiadający tylko astralne widzenie, nie może być nigdy pewny, że obraz przeszłości, który się przed nim odsłania, jest prawdziwy; od czasu do czasu jego cząstka, ułamek, jeden lub drugi szczegół może być prawdziwy; ale i tego nie zdoła sam sprawdzić. Jeśli się znajduje pod kierunkiem rozumnego i umiejętnego nauczyciela, może po długim i starannym przygotowaniu otrzymać wskazówki, jak odróżnić wrażenia, na których można polegać, od tych, którym nie można ufać, oraz, jak z rozproszonych ułamków odbić zbudować zbliżony do prawdy obraz przedmiotu; ale zazwyczaj znacznie wcześniej, zanim zdoła poznać i opanować te metody, rozwinie on jasnowidzenie mentalne, które uczyni zbędnymi wszystkie te wysiłki.

 

W tej następnej sferze, którą zwiemy mentalną, panują zupełnie inne warunki. Tutaj odbicia Kroniki są całkowite i dokładne, i prawie nie można popełnić błędu w ich odczytaniu, to znaczy, że jeśli trzech jasnowidzących, posiadających w pełni jasnowidzenie w sterze mentalnej, postanowi zbadać to samo, to widzeniu każdego z nich przedstawi się za każdym razem ten sam, równie dokładny i całkowity obraz, i każdy z nich będzie go mógł równie ściśle zaobserwować. z tego jednak nie wynika, że jeśli zechcą potem porównać swoje spostrzeżenia na fizycznym planie, opisy ich będą się zgadzać dokładnie. Wszak dobrze znany jest fakt, że jeśli trzech ludzi jest świadkiem tego samego zdarzenia w zwykłym fizycznym świecie, a potem każdy z nich stara się je jak najdokładniej opisać, to sprawozdania ich różnią się znacznie między sobą, ponieważ każdy zauważy przede wszystkim te strony zdarzenia, które przemawiają do niego najwięcej, i nawet nieświadomie, nie zdając sobie z tego sprawy, wysuwa je na pierwszy plan, przeoczając nieraz inne, może nawet w rzeczywistości ważniejsze zdarzenia.

 

Jednak przy obserwacjach w sferze mentalnej to osobiste zabarwienie nie może wpłynąć w znaczniejszy sposób na wrażenia, jakie się odbiera, ponieważ każdy obserwator widzi przede wszystkim całość przedmiotu, i wskutek tego nie może stracić właściwej proporcji w widzeniu poszczególnych jego części. Pozostaje jednak inna możliwość zniekształcenia, której uniknąć mogą tylko najbardziej wyrobieni i doświadczeni, a mianowicie możliwość nieścisłości w przekazywaniu na plan fizyczny. Można nawet powiedzieć, że należy wprost do niemożliwości pełne i całkowite, oddanie widzeń i doświadczeń mentalnej sfery, w naszej sferze fizycznej, dla tej prostej przyczyny, że dziewięć dziesiątych z tego, co się tam widzi i czuje, nie ma swojego odpowiednika w istniejących słowach; a więc wszelkie opisy muszą być jednostronne i częściowe, a z tego wynika dowolność w wyborze opisywanych części. Dlatego to przy wszystkich teozoficznych badaniach ostatnich dziesiątków lat, kładziono tak wielki nacisk na stałe sprawdzanie i porównywanie wyników obserwacji paru jasnowidzów, aby nie zamieszczać w książkach niczego, co by się opierało na doświadczeniu jednej tylko osoby.

 

Nawet wtedy, gdy przez system starannych sprawdzeń i porównań sprowadzi się do minimum możliwość błędu, jaki może wyniknąć z osobistego nastawienia obserwatora, pozostaje jeszcze bardzo poważna trudność, jaką zawiera w sobie wszelka próba przekazania wrażeń z wyższej sfery do niższej. Jest to trudność podobna do tej, jakiej doświadcza malarz, gdy usiłuje odtworzyć trójwymiarowy obraz na płaskim płótnie – czyli, praktycznie rzecz biorąc, w dwóch wymiarach. Tak samo, jak artysta potrzebuje długiego i starannego przygotowania, wyrobienia ręki i oka, zanim zdoła odtworzyć możliwie zadawalająco obraz przyrody, tak i jasnowidz, potrzebuje długiej i starannej nauki, oraz znacznej techniki i wprawy, aby w terminach naszej mowy mógł opisywać ściśle wszystko to, co zobaczy w wyższych sterach przyrody. Prawdopodobieństwo otrzymania ścisłego opisu od nie wyćwiczonego jasnowidza jest równie małe, jak otrzymanie artystycznie wykończonego krajobrazu od kogoś, kto nigdy nie uczył się rysować.

 

Należy przy tym pamiętać, że najdoskonalsze nawet dzieło malarskie jest właściwie niezmiernie dalekie od wiernego oddania rzeczywistej sceny, którą przedstawia. Wszak żadna linia, żaden kąt nie może być w nim ten sam, co w rzeczywistości. Jest ono tylko, genialnym zresztą, usiłowaniem wywołania w jednym z naszych pięciu zmysłów przy pomocy linii i barw, rozpostartych na płaskiej powierzchni, wrażenia podobnego do tego, jakiego byśmy doświadczyli, gdybyśmy mieli przed sobą scenę przedstawioną na obrazie. Gdyby nie sugestia, zależna całkowicie od naszych własnych, dotychczasowych doświadczeń, nie mogłoby nam ono nic przekazać z szumu morza, zapachu kwiatów, świeżości owoców, czy tej twardości lub miękkości narysowanej powierzchni.

 

Podobnego rodzaju trudności, choć w o wiele większym stopniu, doświadcza jasnowidz w swoich usiłowaniach, aby oddać w słowach to, co widzi w sferze astralnej; a trudności te powiększają się wybitnie jeszcze przez to, że zamiast tylko przypominać pamięci słuchaczy pojęcia dobrze im już znane, jak to czyni artysta, gdy maluje ludzi lub zwierzęta, pola lub drzewa, musi on wywołać w nich pojęcia najczęściej zupełnie nowe z pomocą wciąż tych samych, mniej niż ubogich środków.

 

Nie dziwne więc, że choćby jego opisy wydawały się słuchaczom żywe, uderzające i wspaniałe, on sam będzie miał wciąż wrażenie, że są blade i nieudolne, będzie czuł, że największe jego wysiłki, aby dać pojęcie o tym, co sam naprawdę widzi, zawodzą całkowicie. a przy opisywaniu tego, co jasnowidz odczytuje z Kroniki w sferze mentalnej, trudny proces przekazywania z wyższej sfery do niższej musi się dokonać dwukrotnie, gdyż trzeba przenieść pamięć przez pośrednią sferę astralną. Nawet wtedy, gdy jasnowidz do tego stopnia rozwinie zdolności mentalne, że potrafi badać sferę mentalną, pozostając jednocześnie w pełni swojej fizycznej świadomości, będzie on skrępowany całkowitą niezdolnością pełnego wyrażenia tego, co widzi w zwykłym języku.

 

Postarajmy się wyobrazić sobie na chwilę to, co nazwaliśmy czwartym wymiarem, łatwo jest nam myśleć o naszych znanych nam trzech wymiarach – wyobrażać sobie w myśli długość, szerokość i wysokość jakiegokolwiek przedmiotu; wiemy iż każdy z tych trzech wymiarów wyraża linia, tworząca kąt prosty z pozostałymi. Pojęcie czwartego wymiaru to przypuszczenie, że można nakreślić czwartą linię, która by również tworzyła kąt prosty z każdą z trzech już wymienionych linii.

 

Zwykły umysł człowieka ani rusz nie może uchwycić tego pojęcia, jednak niektórym ludziom, studiującym specjalnie ten przedmiot, udało się po pewnym czasie wyobrazić sobie parę prostych czterowymiarowych figur.

 

Mimo to żadne słowa przez nich użyte, nie mogą dać wyobrażenia o tych figurach umysłom innych ludzi, i jeśli ktokolwiek, nie mający uprzedniego przygotowania, spróbuje sobie wyobrazić taki kształt, przekona się, iż jest to dla niego całkiem niemożliwe. Otóż opisać jasno z pomocą naszych słów taki czterowymiarowy kształt oznacza nie co innego, jak opisać dokładnie jakiś prosty przedmiot sfery astralnej; a chcąc opisać jakikolwiek przedmiot, zdarzenie lub obraz Kroniki ze sfery mentalnej, stajemy wobec dalszej trudności wyrażenia piątego wymiaru. Chyba więc każdy, nawet powierzchowny obserwator zrozumie niemożliwość dokładnego opisania i wyjaśnienia tych Kronik, należących do sfery mentalnej.

 

Mówiliśmy o Kronikach jako o pamięci Logosu, ale właściwie są one czymś znacznie więcej, niż pamięć w zwykłym tego słowa znaczeniu. Choć daremna byłaby próba wyobrażenia sobie, jak wyglądają te obrazy od Jego strony, to jednak wiemy, że w miarę jak się rozwijamy i wznosimy coraz wyżej, zbliżamy się jednocześnie do tej prawdziwej pamięci – musimy więc widzieć w sposób coraz bardziej zbliżony do Jego widzenia. Toteż niezmiernie ciekawe staje się doświadczenie jasnowidza związane z tymi Kronikami, gdy wzniesie się do następnej sfery, sfery Ducha (buddhi), najwyższej do jakiej może sięgnąć, nawet gdy jest poza ciałem fizycznym, dopóki nie dotrze niemal do progu nadczłowieczeństwa, do poziomu Arhata.

 

Tutaj nie ogranicza go już ani czas, ani przestrzeń; nie ma potrzeby, tak, jak w sferze mentalnej, robić kolejno przeglądu zdarzeń, gdyż przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są dla niego wszystkie na równi i jednocześnie są teraźniejszością, choć dla nas brzmi to bez sensu. Choć sfera Ducha pomimo iż tak wysoka jest nieskończenie niżej od potężnej świadomości Logosu, jednak ze wszystkiego, co widzimy i czego możemy w niej doświadczyć, jest jasne i w pełni oczywiste, że Kronika ta jest dla niego czymś o wiele więcej niż to, co my nazywamy pamięcią, ponieważ wszystko, co się ma dziać w przyszłości, staje się teraz w Jego obliczu tak, jak to, co nazywamy zdarzeniem chwili obecnej. Dziwne, niepojęte i całkiem nie do wiary – oczywiście, dla naszego ubogiego, rozumowania – a jednak bezwzględnie prawdziwe i rzeczywiste.

 

Na naszym stopniu rozwoju i wiedzy, nie możemy zrozumieć, jak może istnieć coś tak zadziwiającego, a wszelka próba wytłumaczenia sobie tego zjawiska może nas tylko pogrążyć w mgławicę pustych słów, z których nie zaczerpniemy ani odrobiny wiedzy. Niemniej przychodzi mi na myśl pewien kierunek rozumowania, który może nam wskazać drogę, prowadzącą do znalezienia takiego tłumaczenia; a wszystko, co zdoła nam choćby odrobinę dopomóc do zrozumienia, że to zdumiewające zjawisko jest w ogóle możliwe, przyczyni się do rozszerzenia granic naszego umysłu.

 

Przypominam sobie, że czytałem kiedyś przed trzydziestu laty małą książeczkę o gwiazdach i ziemi, w której autor usiłował wykazać, iż jest rzeczą naukowo możliwą, aby przeszłość, teraźniejszość i przyszłość były dla myśli Boga jednoczesnością. Argumenty jego uderzyły mnie wtedy jako wybitnie rozumne, spróbuję więc streścić je tutaj, gdyż spodziewam się że w związku z rozważanym przedmiotem przyczynią się trochę do jego zrozumienia.

 

Gdy widzimy jakąkolwiek rzecz, czy to książkę, którą w ręku trzymamy, czy też gwiazdę odległą o miliony mil, widzimy ją dzięki drganiom eteru, dzięki tak zwanemu promieniowi świetlnemu, który przychodzi od przedmiotu widzianego do siatkówki naszego oka. Szybkość tych drgań jest tak wielka – około 300000 kilometrów na sekundę – że gdy patrzymy na jakikolwiek przedmiot w naszym świecie, widzenie dokonuje się niemal momentalnie. Gdy jednak przechodzimy do przestrzeni międzyplanetarnych, musimy już brać pod uwagę tę szybkość, gdyż pokonanie tych ogromnych przestrzeni zajmuje nieraz znaczny okres czasu. Tak na przykład światło słońca biegnie do nas osiem minut i piętnaście sekund, wobec czego, patrząc na tarczę słoneczną, widzimy ją przy pomocy promienia świetlnego, który opuścił ją przed przeszło ośmiu minutami.

 

Wynika stąd ciekawy wniosek. Promień świetlny, dzięki któremu widzimy słońce, może nam powiedzieć tylko to o stanie Słońca, co się działo w chwili, gdy z niego wybiegał, i nie ma na niego najmniejszego wpływu nic z tego wszystkiego, co się potem stało na słońcu, czyli że nigdy nie widzimy Słońca, jakim jest naprawdę w danej chwili, ale jakim było osiem minut temu. a więc gdyby naraz zaszło coś niezwykłego na Słońcu – na przykład powstała nowa plama słoneczna – astronom, który w tej samej chwili obserwowałby tarczę słoneczną przez teleskop, nic by o tym nie wiedział, gdyż promień słoneczny niosący tę nowinę, nie dotarłby do niego prędzej, jak po ośmiu minutach.

 

Różnice te są mniej jaskrawe, gdy mamy do czynienia z gwiazdami stałymi, których odległości są bez porównania większe. Gwiazda Polarna, na przykład, jest tak odległa, że światło biegnące ze wspomnianą szybkością potrzebuje ponad pięćdziesięciu lat, aby do nas dotrzeć, a z tego wynika zadziwiający, lecz nieunikniony wniosek, że widzimy Gwiazdę Polarną nie tam i nie taką, jaka jest, lecz tam i taką, jaka była lat temu pięćdziesiąt. a gdyby jutro jakaś katastrofa rozbiła Gwiazdę Polarną na szczątki, widzielibyśmy ją nadal świecącą spokojnie na niebie aż do końca naszego życia; dzieci nasze dorosłyby i doszłyby do wieku dojrzałego, urodziłoby się nawet trzecie pokolenie, zanim do oczu ludzkich dobiegłaby wieść o katastrofie. a istnieją inne gwiazdy tak odległe, iż tysiące lat upływa, zanim światło do nas dochodzi, czyli wiadomości nasze o nich są spóźnione o tysiące lat. Pójdźmy o krok dalej. Wyobraźmy sobie człowieka, znajdującego się o 300000 kilometrów od Ziemi, ale posiadającego cudowną zdolność widzenia z tej odległości wszystkiego, co się na Ziemi dzieje, tak jakby sam był tutaj. Człowiek ten będzie widział z tej odległości wszystko w sekundę później, niż się stanie w rzeczywistości, i w chwili obecnej będzie widział to, co się siało przed sekundą. Podwójmy odległość, a będzie on widział o dwie sekundy później, i tak dalej; odsuńmy go na odległość Słońca (niech jednak nadal zachowa te samą cudowną zdolność widzenia) i niech spogląda ku nam, a zobaczy nie to, co czynimy teraz, lecz to, co czyniliśmy ponad osiem minut temu.

Przesuńmy go na Gwiazdę Polarną, a zobaczy on wypadki, które się rozegrały na Ziemi pięćdziesiąt lat temu; zobaczy on zabawy dziecinne tych, którzy w tejże chwili są w rzeczywistości ludźmi w dojrzałym wieku. Jakkolwiek zadziwiająco to brzmi, jest to dosłowną i zgodną z nauką prawdą, i nie można niczemu w tym zaprzeczyć.

 

W omawianej książeczce wywnioskowano następnie całkiem logicznie, że Bóg, będąc wszechpotężnym, musi posiadać tę cudowną zdolność widzenia, którą przyjęliśmy jako fakt dla naszego obserwatora; następnie stwierdzono, że skoro jest wszechobecny, to jest obecny w każdym z podanych miejsc i w każdym miejscu pośrednim, i to nie kolejno, lecz równocześnie z tych przesłanek wynika nieodparty wniosek, że wszystko, co się kiedykolwiek od samego początku świata zdarzyło, musi się rozgrywać przed okiem Boga w tej samej chwili – i to nie jako samo wspomnienie o tym, co było, lecz jako aktualne zdarzenie, rozgrywające się na jego oczach.

 

Całe to rozumowanie ma charakter wybitnie materialistyczny i należy do płaszczyzny wiedzy czysto fizycznej, toteż możemy być pewni, że nie w ten sposób działa pamięć Logosu; niemniej wywód ten jest nader pomysłowy i logicznie całkiem bez zarzutu oraz nie jest dla nas bez znaczenia, gdyż daje nam możliwość dostrzeżenia wielu możliwości, których inaczej nie zauważylibyśmy.

 

Można jednak zapytać, w jaki w ogóle sposób można na zawołanie odszukać jakiś poszczególny obraz wśród tej oszałamiającej, splątanej mnogości obrazów Kroniki przeszłości? Jasnowidz niewyszkolony, zazwyczaj nie potrafi tego uczynić bez jakiegoś przedmiotu, który by go wprowadził w styczność z poszukiwanym obrazem. Psychometria jest doskonałym tego przykładem, a jest bardzo prawdopodobne, że nasza zwykła pamięć jest w rzeczywistości tylko inną postacią tego samego. Zdaje się istnieć jakby jakiś rodzaj przyciągania lub pokrewieństwa magnetycznego, pomiędzy każdą cząstką materii i Kroniką, która zawiera jej dzieje. Pokrewieństwo to pozwala jej stawać się jakby przewodnikiem, łączącym Kronikę ze zdolnościami tego, który potrafi ją odczytać.

 

Przyniosłem raz drobny odłamek kamienia ze Stonehenge, nie większy od główki szpilki, włożyłem go do koperty i wręczyłem pewnemu osobnikowi o zdolnościach psychometrycznych, który nie miał pojęcia o tym, co jest wewnątrz. Zaczął on zaraz opisywać te wspaniałe ruiny i zdziczałą, tchnącą pustką okolicę, po czym przeszedł do żywego opisu sceny, najwidoczniej z dawnych dziejów Stonehenge, dowodząc tym samym, że ten nieskończenie drobny okruch wystarczył, aby go wprowadzić w styczność z Kroniką miejsca, z którego pochodził. Zdarzenia, które przeżywamy w ciągu życia, działają w taki sam sposób na komórki naszego mózgu, jak przeszłość Stonehenge na cząsteczki kamienia; stwarzają związek z tymi komórkami, a umysł nasz może wejść z ich pomocą, w styczność z tą cząstką Kroniki, jaką te zdarzenia stanowią; dzięki temu “pamiętamy” to, co widzieliśmy.

 

Nawet wyrobiony jasnowidz potrzebuje jakiegoś oparcia, które by mu pozwoliło odnaleźć w Kronice obraz zdarzenia, o którym nic nie wie z góry. Jeśli na przykład zechce on zobaczyć wylądowanie Juliusza Cezara na wybrzeżu Anglii, to ma do wyboru kilka dróg do odpowiedniej części Kroniki. Jeśli miał kiedyś sposobność zwiedzenia miejsca, gdzie się to stało, to chyba najprościej postąpi, jeśli wywoła w umyśle obraz tego miejsca i cofnie się następnie w jego przeszłość, aż w końcu natrafi na obraz poszukiwanej epoki. Jeśli zaś nie widział nigdy tego miejsca, to może lecieć w czasie w przeszłość aż do roku tego zdarzenia, a następnie poszukiwać na kanale La Manche flotylli rzymskich galer; może też przeszukiwać Kroniki życia rzymskiego z tej epoki, przy czym nie będzie miał żadnej trudności w zidentyfikowaniu tak wybitnej postaci jak Cezar, lub też odszukawszy go w okresie wojen galickich, może pójść za jego śladem aż do chwili, gdy postawi stopę na ziemi brytyjskiej.

 

Wiele osób zapytuje o wygląd tych Kronik – czy pojawiają się blisko przed oczyma, czy też daleko, czy postaci są w nich duże, czy też małe, czy obrazy następują po sobie kolejno jeden za drugim, jak w filmie, czy też przechodzą jeden w drugi, jak zanikające obrazy, itd. Na to można odpowiedzieć jedynie tyle, że wygląd ich jest rozmaity i w pewnej mierze zależy od warunków, w jakich się je ogląda.
Na planie astralnym bywa to najczęściej oddzielny obraz, choć postacie widziane mogą się czasem poruszać; w tym wypadku zamiast jednego mentalnego zdjęcia ma miejsce dłuższe i bardziej doskonałe odzwierciedlenie zdarzenia.

 

W sferze mentalnej przedstawiają się obrazy Kroniki w dwu zasadniczo różnych postaciach. Jeśli obserwator nie myśli o nich w sposób umyślny, to obrazy Kroniki tworzą tło dla wszystkiego, co się dzieje, podobnie jak odbicie w zwierciadle może stanowić tło dla życia osób będących w pokoju.
Należy wciąż o tym pamiętać, że w danych warunkach obrazy Kroniki są istotnie tylko odbiciem nieustającej działalności Wielkiej Świadomości na wyższych planach, i że mają w dużym stopniu wygląd nieprzerwanego następstwa obrazów kinowych. Nie przechodzą one jeden w drugi, jak przy widokach zanikających, nie są też serią zwykłych obrazów, idących jeden za drugim; działanie odzwierciedlonych osób toczy się stale naprzód, podobnie jak gdyby się widziało aktorów na odległej scenie.

 

Gdy jednak wprawny obserwator skoncentruje swoją uwagę na jakiejś scenie, lub zapragnie ją wywołać, dokonuje się od razu niezwykła zmiana, gdyż dzieje się to w sferze myśli, a myśleć o czymś oznacza to samo, co mieć to natychmiast przed sobą. Jeśli ktoś na przykład, zapragnie zobaczyć obraz zdarzenia, o którym mówiliśmy poprzednio – lądowanie Juliusza Cezara – to znajdzie się natychmiast nie przed obrazem, lecz na brzegu, wśród legionistów, a całe zdarzenie będzie się rozgrywać dookoła niego, przy tym będzie je widział pod każdym względem równie dokładnie, jak gdyby stał tam we własnym ciele owego jesiennego poranku 55 roku przed Chrystusem. Wobec tego, że wszystko co zobaczy, jest tylko odbiciem, uczestnicy zdarzenia będą oczywiście zupełnie nieświadomi jego obecności; nie może też nic zmienić w ich działaniu i to nawet w najmniejszym stopniu. Może jedynie zmieniać prędkość, z jaką się będzie rozwijał przed nim cały dramat, może sprawić na przykład, że zdarzenia całego roku powtórzą się przed jego wzrokiem w ciągu zaledwie godziny, może też w dowolnej chwili zatrzymać ruch całkowicie, i jak przy obrazie zatrzymać się dowolnie długo przy wybranej scenie.

 

W istocie rzeczy obserwuje on nie tylko to, co by widział, gdyby tam był w owym czasie fizycznym, lecz o wiele więcej. Słyszy i rozumie wszystko, co mówią ludzie, i jest świadomy wszystkich ich myśli i pobudek; a jedną z najbardziej interesujących spośród wielu możliwości, jakie otwierają się przed każdym, kto się nauczy czytać Kronikę, jest studiowanie myśli dawno minionych wieków – myśli człowieka jaskiniowego i myśli mieszkańców osady na palach, tak samo, jak myśli władców potężnych cywilizacji Atlantydy, Egiptu lub Chaldei. Łatwo pojąć, jak ogromne możliwości otwierają się przed każdym, kto w pełni posiada te władze. Rozpościera się przed nim pole badań historycznych w najwyższym stopniu ciekawych. Może nie tylko widzieć swobodnie całą historie, jaką znamy, poprawiając w miarę swoich badań wiele błędów i fałszywych wyobrażeń, jakie się wkradły do opublikowanych prac; może on również, jeśli zechce, przejrzeć całe dzieje świata od samego początku i obserwować powolny rozwój intelektu człowieka, zstąpienie Władców Ognia i wzrost potężnych, założonych przez Nich cywilizacji.

 

Badania jego nie muszą się ograniczać do rozwoju samej ludzkości; oto znajdują się przed nim, jak w muzeum, wszystkie osobliwe kształty zwierzęce i roślinne, jakie istniały, gdy świat był młody; może śledzić wszystkie zadziwiające przemiany geologiczne, jakie się dokonały; obserwować przebieg wielkich kataklizmów, które raz za razem zmieniały całkowicie oblicze Ziemi.

 

W jednym szczególnym wypadku może się nawet badacz Kroniki jeszcze ściślej zbliżyć do przeszłości. Jeśli mianowicie w toku swoich badań odkryje scenę, w której sam uczestniczył podczas jednego ze swoich dawniejszych wcieleń, może się zachować w dwojaki sposób: może albo patrzeć na nią, jak zwykły widz (choć zawsze, przypomnijmy to, jak widz o doskonałej uwadze i współczuciu), albo też utożsamić się raz jeszcze ze swoją dawno zmarłą osobowością, rzucić się z powrotem na chwilę w owo dawno minione życie, doświadczyć w pełni na nowo myśli i uczuć, radości i cierpień przedhistorycznej przeszłości. Nie można sobie wyobrazić bardziej szalonej i porywającej przygody, jak ta, której można doznać na tej drodze; jednak w żadnej z nich nie wolno zatracić świadomości własnej indywidualności, trzeba zawsze zachować tyle siły, aby móc w dowolnej chwili powrócić do swojej obecnej osobowości.

 

Często pada pytanie, w jaki sposób może badacz ustalić ścisłą datę jakiegoś wydarzenia z dalekiej przeszłości, które wydobywa z Kroniki. Choć co prawda ustalenie ścisłej daty jest nieraz rzeczą nudną i wymaga dużo czasu, jednak najczęściej nie przekracza zupełnie granic możliwości. Jeśli mamy do czynienia z epoką grecką lub rzymską, to zazwyczaj najprostszą metodą jest spojrzeć w umysł najbardziej wykształconej osoby, biorącej udział w wydarzeniu, i stwierdzić, jaka to jest data dla tej osoby; może też badacz obserwować tę osobę w chwili pisania listu lub jakiegokolwiek dokumentu i uważać, jaką datę napisze. a gdy się już zdobędzie w ten sposób datę rzymską lub grecką, to sprowadzenie jej do naszego sposobu liczenia czasu jest wyłącznie sprawą prostego rachunku.

 

Inny sposób często używany polega na tym, że od badanej sceny należy się zwrócić do jakiejś innej współczesnej jej sceny, w którymś wielkim i dobrze znanym mieście, takim, jak na przykład Rzym, i stwierdzić, który monarcha wtedy rządził, lub jacy byli w danym roku konsule; skoro się już posiada taką wiadomość, wystarczy zajrzeć do dobrego podręcznika historii, aby znaleźć szukaną datę. Niejednokrotnie można też odkryć właściwą datę, jeśli się zbada jakieś publiczne ogłoszenie lub inny urzędowy dokument; naprawdę więc nie trudno pokonać te trudność w obrębie omawianej epoki.
Sprawa nie jest już jednak tak prosta, gdy mamy do czynienia z epokami o wiek wcześniejszymi – z wydarzeniami życia wczesnego Egiptu, Chaldei lub Chin albo, idąc jeszcze dalej wstecz, Atlantydy lub którejś z jej kolonii. i w tym wprawdzie wypadku można jeszcze wydobyć datę z umysłu jakiegokolwiek ówczesnego wykształconego człowieka, nie ma już jednak sposobu powiązania jej z naszym sposobem liczenia czasu, gdyż człowiek ów liczy albo według epok, o których nam nic nie wiadomo, albo panowania królów, których dzieje dawno pochłonęła noc czasu.

 

Niemniej nie wyczerpują się na tym nasze metody. Należy przypomnieć, że badacz może przeglądać otwarte przed nim Kroniki z dowolna prędkością – z prędkością, na przykład, jednego roku w ciągu sekundy lub, jeśli zechce, jeszcze prędzej. Nadto istnieje kilka wydarzeń pradawnych dziejów, których daty ustalono już dokładnie, jak na przykład zatopienie Posejdonii w roku 9.564 przed Chrystusem. Jasne, jest zatem, że jeśli na podstawie ogólnego wyglądu środowiska wykryje się, iż prawdopodobnie dany obraz znajduje się w stosunku do jednego z tych zdarzeń w takim odstępie czasu, który daje się wyliczyć, to można to sprawdzić przez prosty zabieg, jakim jest szybkie przebiegniecie poprzez Kronikę, i następnie przez dokładne wyliczenie lat, które dzielą te dwa wypadki od siebie.

 

Mimo to, gdy lata te idą w tysiące, jak to się czasem może zdarzyć, metoda ta może się okazać w najwyższym stopniu uciążliwa. W takim wypadku uciekamy się do metod astronomicznych. W wyniku ruchu, zwanego zwykle precesją punktów równonocnych, choć o wiele ściślej można go określić jako wtórny ruch rotacyjny Ziemi, zmienia się stale, choć bardzo powoli, kąt pomiędzy równikiem i ekliptyką.
Wskutek tego okazuje się, że po długich okresach czasu oś Ziemi nie będzie już skierowana ku temu samemu punktowi pozornego sklepienia niebios, inaczej mówiąc nie będzie to nasza Gwiazda Polarna, jak to jest obecnie, w Malej Niedźwiedzicy, lecz jakieś inne ciało niebieskie; z położenia gwiazdy biegunowej, które łatwo można ustalić przez staranną obserwację nieba w nocy na badanym obrazie dziejowym; da się obliczyć przybliżona datę bez większych trudności.

 

Przy ustalaniu daty wydarzeń, które dokonały się milion lat temu w epoce wcześniejszych ras, używa się często jako jednostki czasu okresu tego wtórnego ruchu obrotowego Ziemi, czyli okresu precesji punktów równonocnych. choć zazwyczaj w takich wypadkach nie potrzeba bezwzględnej dokładności, gdyż w praktyce, jeśli chodzi o tak odległe epoki, wystarczają najzupełniej liczby zaokrąglone.

 

Nie należy jednak sądzić, że ktokolwiek potrafi odczytywać dokładnie Kroniki czy to własnych czy cudzych żyć, jeśli nie posiada uprzedniego starannego przeszkolenia. Choć można przypadkowo od czasu do czasu widzieć odbitki Kroniki na planie astralnym, to jednak, zanim się posiądzie zdolność czytania wolnego od pomyłek, konieczna jest umiejętność używania jasnowidzenia mentalnego. Istotnie ponieważ, aby zmniejszyć możliwość pomyłki, badacz powinien rozporządzać nim całkowicie, będąc równocześnie w pełni zwykłej świadomości fizycznej; zdobycie zaś tej zdolności wymaga wielu lat nieustannej pracy i twardej samodyscypliny.

 

Wielu ludzi, jak się zdaje, oczekuje, że zaraz po podpisaniu zgłoszenia na członka Towarzystwa Teozoficznego lub po zostaniu nim, przypomną sobie natychmiast co najmniej trzy lub cztery ostatnie swoje życia; niektórzy nawet istotnie zaczynają sobie zaraz wyobrażać swoje wspomnienia i oznajmiają, że w swojej ostatniej inkarnacji byli Marią Stuart, Kleopatrą lub Juliuszem Cezarem!
Naturalnie, ośmiesza się tylko każdy, kto rozgłasza tak nierozsądne i dziwaczne twierdzenia; niestety jednak ośmieszanie to przenosi się łatwo, chociaż niesłusznie, na samo Towarzystwo, do którego te osoby należą, toteż każdy, kogo nurtuje przekonanie, że był kiedyś Homerem lub Szekspirem, dobrze uczyni, jeśli najpierw zbierze na fizycznym planie świadectwa zgodne ze zdrowym rozsądkiem, a po tym dopiero ogłosi tę nowinę światu.

 

Prawdą jest, że niektórzy ludzie mają we śnie przebłyski wspomnień różnych scen z dawnych istnień, jednak przebłyski te są ułamkowe i nie dają się z sobą powiązać. Ja sam doświadczyłem tego w swojej młodości. Wśród moich snów powtarzał się stale obraz domu z portykiem, z którego widać było przepiękną zatokę, a w pobliżu domu znajdowało się wzgórze, na którego szczycie wznosił się piękny budynek. Znałem ten dom doskonale i byłem tak dobrze obeznany z rozkładem jego pokojów i z widokiem spod jego bramy, jak gdyby to był mój dom z obecnego życia. W owym czasie nie wiedziałem jeszcze nic o reinkarnacji, toteż wydawało mi się to zwykłym, choć zadziwiającym, zbiegiem okoliczności, że ten sam sen powtarzał się tak często; i dopiero, gdy w jakiś czas po moim wstąpieniu do Towarzystwa, ktoś, kto to potrafił, pokazał mi kilka obrazów z mojej ostatniej inkarnacji, poznałem, że ten uparty sen, częściowo był rzeczywiście objawem pamięci, i że dom, który znałem tak dobrze, był domem, w którym się urodziłem przed przeszło dwoma tysiącami lat.

 

Choć zdarzają się przypadki, że niektóre dobrze zapamiętane sceny przechodzą w ten sposób z jednego do drugiego życia, jednak trzeba koniecznie mieć, poważnie rozwinięte zdolności okultystyczne, aby nakreślić w sposób ścisły linie inkarnacji własnych lub też innego człowieka. Stanie się to oczywiste, jeśli przypomnimy sobie, jakie warunki są potrzebne do spełnienia takiego zadania.

 

Aby móc obserwować kogoś od obecnej inkarnacji ku poprzedniej, potrzeba przede wszystkim przeprowadzić linie jego życia wstecz aż do chwili jego urodzenia się, a następnie prześledzić w porządku odwrotnym stadia, przez które Ego zstępowało, aby się inkarnować.

 

Doprowadzi nas to oczywiście do warunków życia Ego w wyższych dziedzinach sfery mentalnej; z tego zaś widać, że dla wykonania tego zadania badacz musi umieć używać zmysłów, odpowiadających tym tak wysokim dziedzinom, i to nie tracąc zwykłej świadomości w ciele fizycznym lub inaczej mówiąc, świadomość jego musi się skupić na reinkarnującym się Ego, a nie na niższej osobowości. Jeśli się w ten sposób obudzi pamięć swojego Ego, to reinkarnacje jego staną otworem, jak rozwarta księga i stanie się ono zdolne, jeśli tego zechce, zbadać warunki innego Ego na tym samym poziomie oraz pójść za nim z powrotem w dół poprzez jego życie w sferze mentalnej (niższej) i astralnej, (przez które przeszło ono po ostatniej śmierci ciała fizycznego) aż dojdzie w końcu do ostatniej śmierci fizycznej tego Ego, a poprzez nią do poprzedniego życia.

 

Tylko na tej drodze można odtworzyć cały łańcuch żyć z całkowitą pewnością; toteż możemy z miejsca postawić poza nawiasem jako świadomych lub nieświadomych oszustów tych wszystkich, którzy ogłaszają, że za tyle a tyle szylingów mogą opisać czyjekolwiek przeszłe inkarnacje. Zbyteczne jest dodawać, że prawdziwy okultysta ani się nie ogłasza, ani też nie przyjmuje w żadnym wypadku pieniędzy za pokazy swoich zdolności.

 

Uczeń okultyzmu, który pragnie posiąść zdolność badania łańcucha inkarnacji, może się tego nauczyć tylko od doświadczonego nauczyciela. Trafiają się ludzie, którzy twierdzą uparcie, że wystarczy, aby człowiek był dobry, pełen oddania i braterski, a natychmiast spłynie na niego cała mądrość wieków; wystarcza odrobina zdrowego rozsądku, aby przekonać się o niedorzeczności takiego stanowiska. Chociażby dziecko było nie wiedzieć jak dobre, jeśli chce umieć tabliczkę mnożenia, musi się zabrać do pracy i uczyć się tej tabliczki; tak samo jest ze zdolnościami używania sił Ducha. Niewątpliwie zdolności te same się pojawią w miarę rozwoju człowieka, lecz używania ich w sposób niezawodny i pożyteczny można się nauczyć tylko przez twardą pracę i wytrwały wysiłek.

 

Pomyślmy dla przykładu o tych, którzy podczas snu pragną pomagać drugim w sferze astralnej; jest oczywiste, że im więcej posiadają oni wiedzy tutaj w sferze fizycznej, tym większą mają wartość ich usługi w sferze wyższej. Tak na przykład okaże się użyteczna znajomość jeżyków obcych, bo choć na planie mentalnym mogą się ludzie porozumiewać ze sobą bezpośrednio przez przenoszenie myśli, bez względu na różnicę ich języków, jest to niemożliwe na planie astralnym, i aby myśl była zrozumiała, musi się ją sformułować dokładnie w słowach. Jeśli zatem chcecie pomóc komuś na tym planie, musicie mieć wspólny z nim język, aby się z nim porozumieć, a w konsekwencji im więcej znacie języków, tym szerzej możecie pomagać. Doprawdy nie ma wiedzy, której by nie mógł okultysta w jakiś sposób użytkować w swojej pracy.

 

Dobrze zrobi każdy uczeń, jeśli będzie stale pamiętał, że okultyzm jest apoteozą zdrowego rozsądku, i że niekoniecznie każda wizja, jaka się mu pojawi, jest obrazem z Kroniki Akashy, a każde doświadczenie objawieniem z góry. o wiele lepiej pomylić się z powodu zdrowego sceptycyzmu, niż z powodu łatwowierności; godną uznania jest zasada, że nie należy nigdy gonić za tłumaczeniem okultystycznym tam, gdzie się nasuwa proste a oczywiste wyjaśnienie fizyczne.
Obowiązkiem naszym jest zawsze strzec swojej równowagi i nigdy nie tracić kontroli nad samym sobą, a na wszystko, co się nam przydarzy, patrzeć z punktu widzenia zdrowego rozsądku; będziemy wtedy lepszymi teozofami, mądrzejszymi okultystami i o wiele pożyteczniejszymi służebnikami Ludzkości, niż byliśmy kiedykolwiek dotąd.

 

Jak zwykle znajdziemy i tym razem przykłady wszystkich stopni uzdolnienia do wglądania w pamięć natury, poczynając od jasnowidza wyrobionego, który potrafi czytać w Kronice według swojej woli, aż, do osób, którym zdarzają się ogólnikowe przebłyski jasnowidzenia, albo które miały może tylko jedno takie widzenie. Jednak nawet człowiek, który częściowo i przypadkowo posiada tę zdolność, uważa ją za głęboko interesującą. Zarówno psychometra, dla którego przedmiot fizyczny związany z przeszłością jest niezbędny, aby wszystko, co się z nim łączy, obudzić z powrotem do życia, jak i ten, który się wpatruje w kryształ i potrafi od czasu do czasu skierować swój nie całkiem pewny teleskop astralny na jakąś dawno miniona scenę historyczną, może, korzystając ze swoich uzdolnień, doznać bardzo wiele radości, nawet wtedy, gdy nie zawsze potrafi zrozumieć dokładnie, w jaki sposób odbywa się jego widzenie, gdy nie zawsze i nie całkiem potrafi je skontrolować.

 

Przy niższych przejawach tych uzdolnień, możemy stwierdzić w wielu wypadkach, że działają one nieświadomie. Wielu z tych, co wpatrują się w kryształ, widzi sceny z przeszłości, lecz nie potrafi odróżnić ich od wizji teraźniejszości; również nie jedna osoba, o nieokreślonym wyraźnie “psychiźmie” obserwuje, jak wyłaniają się przed jej oczami coraz to nowe obrazy, choć sama nie zdaje sobie sprawy, że “psychometryzuje” różne przedmioty w chwili, gdy spotyka się z nimi lub zbliża się do nich przypadkowo.

 

Interesującą odmianę tego rodzaju “psychizmu” przedstawia człowiek, który potrafi “psychometryzować” tylko ludzi, a nie martwe przedmioty, jak się to zwykle zdarza. Najczęściej zdolność ta objawia się ułamkowo, tak iż taki “psychik”, zetknąwszy się z obcą sobie osobą, widzi często w nagłym błysku ważniejsze sceny z dawniejszego jej życia, podczas gdy w innych podobnych wypadkach nie doznaje żadnych szczególnych wrażeń. Rzadziej spotykamy ludzi, którzy miewają szczegółowe wizje z ubiegłego życia dowolnie spotkanej osoby. Bodaj że jednym z najlepszych przykładów tej grupy był pisarz niemiecki Zschokke, który w swojej autobiografii opisuje te niezwykłą zdolność i sposób, w jaki ją w sobie odkrył. Pisze on:

 

“Gdy spotykam po raz pierwszy całkowicie obcą osobę i gdy przysłuchuję się toczonej przez nią rozmowie, zdarza się, że całe jej minione życie aż do ostatniej chwili staje mi nagle przed oczyma z drobnymi nic nie znaczącymi szczegółami; ukazuje się ono, jak sen, choć całkiem wyraźnie i zupełnie bez udziału mojej woli, a trwa to zaledwie parę minut.

Przez długi czas skłonny byłem uważać te zmieniające się wizje za zwykłą grę wyobraźni – a to tym bardziej, że w tych marzeniach-wizjach pojawiały mi się poruszające się osoby, wnętrza pokojów, meble i inne szczegóły. Aż pewnego razu, żartując, opowiedziałem mojej rodzinie poufną historie pewnej szwaczki, która dopiero co wyszła z pokoju, a której nie widziałem nigdy przedtem.

Tymczasem słuchacze moi byli wysoce zdziwieni, śmiali się i nie chcieli w żaden sposób uwierzyć, że nic nie wiedziałem o dawniejszym jej życiu, gdyż wszystko co powiedziałem było prawdą.

I ja sam byłem zdziwiony, że moje marzenia-wizje zgadzały się z rzeczywistością. Odtąd zwracałem baczniejszą na to uwagę, i ilekroć nadarzyła się sposobność, opowiadałem osobom, których życie przesunęło się przede mną, treść moich wizji, aby otrzymać od nich zaprzeczenie lub potwierdzenie ich prawdziwości. W każdym jednak wypadku następowało potwierdzenie i to nie bez zdumienia osób zainteresowanych.

Pewnego dnia szedłem w towarzystwie dwóch młodych, dotąd żyjących leśniczych do miasteczka Waldshut. Był już wieczór i zmęczeni drogą wstąpiliśmy do oberży zwanej “Winna latorośl”.

Spożywaliśmy wieczerzę w licznym towarzystwie przy wspólnym stole, gdy wtem niektórzy z obecnych zaczęli sobie stroić żarty z charakteru i naiwności Szwajcarów i powodu ich wiary w mesmeryzm, system fizjognomiki Lavatera i tym podobne rzeczy. Jeden z moich towarzyszy, który tymi kpinami czuł się dotknięty w swojej dumie narodowej, prosił mnie, abym im coś odpowiedział, zwłaszcza jednemu młodzieńcowi o wyniosłym zachowaniu, który siedział naprzeciw mnie i zupełnie się nie krępował w swoich dotkliwych żarcikach. Tak się złożyło, że właśnie przed chwilą przesunęły się w mym umyśle zdarzenia z życia tego młodzieńca. Zwróciłem się więc do niego z zapytaniem, czy zechce odpowiedzieć mi szczerze i zgodnie z prawdą, jeślibym mu opowiedział najtajniejsze chwile z jego życia, choć znam go równie mało, jak on mnie. To chyba wykraczałoby znacznie poza granice fizjognomiki Lavatera. Przyrzekł mi, że przyzna się otwarcie, jeśli mu powiem prawdę. Opowiedziałem mu wtedy zdarzenia, które mi ukazała moja wizja, i cały stół zapoznał się z historią życia młodego kupca, z jego latami szkolnymi, z jego drobnymi grzeszkami, a w końcu z małym szelmostwem, jakiego się dopuścił w kasie swojego chlebodawcy. Opisałem przy tym niezamieszkany pokój o białych ścianach, gdzie na prawo od brunatnych drzwi stała na stole mała czarna kasetka, itd.
Wstrząśnięty tym młodzieniec potwierdził prawdziwość każdego szczegółu – nie pomijając nawet ostatniego, czego się nie spodziewałem”.

 

Opowiedziawszy te zdarzenia zastanawia się poczciwy Zschokke spokojnie, dlaczego by mimo wszystko ta zadziwiająca zdolność, którą tak często objawiał, nie miała być naprawdę i to za każdym razem wynikiem prostego przypadku!

 

W literaturze okultystycznej znajduje się stosunkowo mało wiadomości o osobach, posiadających dar widzenia przeszłości, i można by przypuszczać, że uzdolnienie to jest rzadsze niż widzenie przyszłości. Przypuszczani jednak, że tylko rzadziej się je dostrzega. Jak wspomniałem poprzednio, łatwo się może zdarzyć, że ktoś widząc obraz przeszłości, nie zdaje sobie sprawy z istoty faktu, chyba że jest w nim coś szczególnego, co zwraca uwagę, jak na przykład postać w zbroi lub starożytnym stroju. Również nie zawsze można w porę rozpoznać, co jest widzeniem przyszłości; jednak spełnienie się widzenia przypomina je natychmiast, uwydatniając jego charakter, tak iż trudno je przeoczyć. Wobec tego jest prawdopodobne, że okoliczności widzenia odbitek astralnych z Kroniki Akashy są znacznie powszedniejsze, niż można przypuszczać na podstawie publikowanych sprawozdań.

 

Charles Webster Leadbeater – Jasnowidzenie

Udostępnij na: